Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prodziekan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prodziekan. Pokaż wszystkie posty

9 mar 2016

Bo do tanga trzeba dwojga

Powiada się, że podróże kształcą i chyba nie trzeba szukać dowodów potwierdzających to twierdzenie. Natomiast być może szkoda, że niekiedy trzeba przebyć ocean, aby zdobyć doświadczenie, które teoretycznie nie powinno być niczym wyjątkowym i mogłoby zostać nabyte na miejscu w SGH. 

Na początek kilka linijek wyjaśnienia: od wczoraj jesteśmy z mgr Anetą Szydłowską, zastępcą kierownika w Dziale Rekrutacji i Organizacji Dydaktyki na Mobility Fair w Northeastern Illinois University w Chicago. Reprezentujemy naszą Uczelnię na tych targach, zbierając całkiem sporo pochwał z różnych zewnętrznych źródeł – o czym pewnie doniesiemy w sposób nieco bardziej formalny na łamach „Gazety SGH” (by nie wspomnieć o sprawozdaniach z pobytu, które każda z nas musi popełnić). 

A teraz o doświadczeniu – otóż w dniu wczorajszym, dzisiejszym, a najpewniej i jutrzejszym pierwszy raz od myślę kilku miesięcy rozmawiałyśmy ze studentami SGH na luzie i na tematy niekoniecznie wyłącznie merytoryczne. Na NEIU jest bowiem kilku studentów ze studiów licencjackich. Nie dość, że sami przyszli i zagadali (okazało się, że trzech na czterech przeszło przez moje dydaktyczne ręce), to zaoferowali swoją pomoc przy targach; sami z siebie (przynajmniej takie sprawiali wrażenie). I zupełnie najnormalniej zaczęliśmy rozmawiać o tym i owym. 

Piszę niemalże z euforią, ponieważ w zasadzie nam się to nie zdarza w SGH. Nie przypominam sobie sytuacji, aby student zagadał mnie na jakiś temat niedziekański i niezajęciowy. Po kilku próbach w zasadzie przestałam chodzić na imprezy studenckie – mimo formalnych zaproszeń – bo zazwyczaj ląduje w „sali vip”, gdzie nie mam kontaktu ze studentami, a gdy z niej wychodzę w zasadzie nie ma możliwości nawiązania kontaktu. No bo niby jak? ;)

Tu w NEIU zadziałały najpewniej dwa czynniki. Po pierwsze, byliśmy sobie niejako dedykowani – my przybywamy jako reprezentacja SGH, do miejsca gdzie przebywa naszych kilku studentów. Wypadało chociaż powiedzieć sobie dzień dobry. Była zatem platforma do kontaktu. Po drugie, być może zadziałał tu kontekst amerykański – luźniejsze relacje między studentami a wykładowcami. Takie właśnie nie tylko zajęciowe, ale i okoliczne. Warto wspomnieć, że jeden z naszych studentów opowiadał nam o imprezie, na której dziekan tańczył z jedną ze studentek i nie miał z tym żadnego kłopotu. U nas kłopot najpewniej by był (o ile w ogóle byłaby okazja) i obstawiam, że po obu stronach. Ale może kiedyś nastanie czas weryfikacji.

10 gru 2015

Sprawdzam!

Gdy jestem w Dziekanacie zazwyczaj siedzę w pokoju dziekańskim, bo tam jest moje miejsce – o ile nie chodzę po korytarzu za okienkami i nie rozpatruję podań. Jednak czasami siadam w większej części Dziekanatu, nieopodal wejścia, w zasadzie tuż koło sekretariatu, a na swój sposób w sekretariacie, tuż obok sekretarki. 

 Siedzenie w sekretariacie ma swoje plusy – z pokoju dziekańskiego mało co słychać, a tu wszystko jest jak na dłoni. Wiadomo, jakie sprawy są omawiane, kto wchodzi, kto wychodzi, nad czym pracuje zespół, albo o czym rozmawia, bo przecież nie zawsze samą pracą człowiek żyje. Jest także komputer, na którym można pracować (w pokoju dziekańskim mamy raptem dwie sztuki) i podłączona drukarka. Generalnie można uczestniczyć w życiu Dziekanatu. Przesiadywanie w sekretariacie ma jeszcze jeden walor – pozwala mi czasami poznać studentów i pracowników od nieco innej strony, niż ta, która mi przysługuje jako prodziekanowi. 

Piszę „przysługuje”, gdyż odwołuję się do dramaturgicznej teorii interakcji, w myśl której jesteśmy aktorami odgrywającymi spektakle przed publicznością, czyli innymi ludźmi. Jako prodziekan oglądam najczęściej miłe i sympatyczne spektakle osób, które czegoś ode mnie chcą (najczęściej są to studenci – i o tym już pisałam), albo kolegów czy koleżanek z pracy. Z racji tego, że jestem prodziekanem nie doświadczam innego rodzaju spektakli. Mogę zatem odnosić wrażenie, że jest to stan naturalny, a świat jest piękny. 

Siedzenie od czasu do czasu w sekretariacie wybija mnie niekiedy z tego przekonania. Okazuje się, że przypisywana jednostce pozycja w hierarchii przekłada się na stosunek do niej. I tak, siedząc w sekretariacie odkrywam czasami drugie oblicze naszego uczelnianego świata – patrzące na mnie bardziej z góry, miejscami nonszalancko i wyniośle. Oczywiście działa to wyłącznie wówczas, gdy osoba przychodząca do Dziekanatu bierze mnie za sekretarkę, albo za jej pomocnika. I oczywiście działa tylko czasami, bo jednak większość ludzi zachowuje się sympatycznie niezależnie od tego, wobec kogo. 

Nie zmienia to faktu, że takie nowe, nawet jeżeli pojedyncze, doświadczenia dają mi sporo do myślenia… Mój Ojciec mawiał swego czasu, że najbardziej niebezpieczni są ludzie, którzy słuchają wyłącznie do góry. Na swój sposób cieszę się, że mogę z niej czasami zejść i powiedzieć: sprawdzam.

3 gru 2015

I znowu się chwalimy!

Dopiero co rok temu napisałam podobny wpis na temat nagród przyznanych pracownikom DSM – właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Absolutnie nie mam jednak wrażenia monotonii – za każdym razem cieszę, że aż tyle osób uzyskało nagrodę czy dyplom. Tym razem naliczyłam łącznie 16 (słownie: szesnaście :) ).

W dziedzinie naukowej dyplom uznania Rektora za osiągnięcia w postaci publikacji artykułów, które ukazały się w recenzowanych czasopismach zagranicznych z bazy Journal Citation Reports uzyskał dr hab. Mariusz Próchniak. Dr hab. Próchniak wraz z Dziekan(ką) prof. dr hab. Magdaleną Kachniewską uzyskali również listy gratulacyjne dla młodych nauczycieli akademickich z najwyższym wskaźnikiem cytowań publikacji. Zbiorową nagrodę I stopnia w dziedzinie działalności naukowej otrzymałam ja dzięki udziałowi w projekcie zaprzyjaźnionych historyków, a dr Aneta Ptak-Chmielewska – nagrodę z Funduszu Rektora II stopnia, również zespołową.

W dziedzinie organizacyjnej nagrody uzyskali: Dziekan(ka) prof. dr hab. Magdalena Kachniewska (I stopnia), prodziekani - dr Michał Matusewicz , dr Jarosław Wierzbicki i ja (II stopnia), oraz pełnomocnicy Dziekana – dr hab. Mariusz Próchniak i dr Aneta Ptak-Chmielewska (III stopnia).

To co zawsze nas najbardziej cieszy, to nagrody dla pracowników Dziekanatu. W tym roku aż pięciu pracowników Dziekanatu zostało uhonorowanych nagrodami. Nagrodę I stopnia uzyskał zespół w składzie: mgr Anna Bucka-Wasilewska (studia stacjonarne), mgr Katarzyna Kłopotowska oraz p. Małgorzata Świdnicka (studia niestacjonarne sobotnio-niedzielne). Nagrodę II stopnia uzyskały: mgr Anna Jurek oraz mgr Katarzyna Uljasz-Rawa (studia stacjonarne).

Podczas dzisiejszej uroczystości były oczywiście pstrykane profesjonalne zdjęcia, ale do tego wpisu zdecydowałam się dołączyć nasze wewnętrzne zdjęcie dziekanatowe – ze schodów wiodących do antresoli. Z ubiegłorocznej uroczystości takiego nie mamy. Widać proces integracji zespołu nadal postępuje. I o to chodzi!

8 cze 2015

Jeszcze o zwrotach

Po moim niedawnym wpisie poświęconym formom zwracania się studentów do niestudentów posypały się anegdoty. Jedna z ciekawszych dotyczy tego, że pewna studentka pisze do jednego z prodziekanów: „Kochany Panie [i tu imię]”. Już wiem, dlaczego na jego dyżur przychodzi znacznie więcej studentów. Zauważyłam zarazem, że warto jednak ten wpis uzupełnić. Tym razem skupię się nie tyle na „dzień dobry” i „Pani Katarzyno”, co na stopniach i tytułach, bo z tym również – jak widzę i doświadczam od lat kilkunastu – bywa problem. 

Lat temu kilkanaście zdobyłam pierwszy tytuł zawodowy magistra (później dozbierałam jeszcze dwa, ale raczej na zasadzie kolekcjonerstwa). Formy „Pani Magister” nie cierpiałam i nie polecam (chyba że na farmacji ;)); forma „Pani Doktor” była na wyrost i niepotrzebnie – ani chyba tak staro nie wyglądałam, ani nie czułam się przez to bardziej doktorem. Najlepiej czułam się ze zwykłym „Proszę Pani”. 

Później sytuacja robi się prostsza – osoba ze stopniem doktora (oznaczonym jako „dr” przed nazwiskiem) jest „Panem/Panią Doktor/em” i tu specjalnych pułapek nie ma. Doktor habilitowany (dr hab.) to też „Pan(i) Doktor”, o ile nie ma znaków szczególnych w postaci dodatku „prof. nadzw. SGH”, albo „prof. SGH”. Dodatek ten oznacza nie tyle profesurę belwederską (czyli tytuł profesora), co zatrudnienie na stanowisku profesora. Ale już umożliwia zwracanie się per „Pan(i) Profesor(ze)”. Do doktora habilitowanego nie ma co mówić „Pani/e Doktor(ze) Habilitowany/a”, natomiast warto pamiętać o „hab.” w wersji pisemnej, bo to jednak czy w starej czy w nowej procedurze sporo zachodu. I na koniec „prof. dr hab.” albo „prof. zw. dr hab.”, czyli profesor tytularny (ten drugi dodatkowo zatrudniony na stanowisku profesora zwyczajnego), który jest „Panem/Panią Profesor”. 

Osoby dociekliwe mogą sprawdzić co i jak (a raczej kto i z czego) w bazie „Ludzie Nauki”, dla mniej dociekliwych, ale lubiących pewność co do poprawności zwrotu wystarczy książka adresowa SGH. 

I na koniec auto-anegdota: studiując na I roku (było to dawno temu, w poprzednim tysiącleciu), wpisałam w indeks (były wówczas papierowe) jednemu z wykładowców sam „dr”. Gdy podeszłam, aby wpisał mi ocenę, dopisał sobie „prof.” i „hab.” patrząc na mnie wymownie, a ja zastanawiałam się, czemu tak się pieni – w końcu imię i nazwisko się zgadza. Biorąc pod uwagę, że doktorat zrobiłam po sześciu latach od uzyskania tytułu zawodowego, habilitację – po ośmiu od doktoratu, a ciągu dalszego nie widać, z perspektywy dnia dzisiejszego dziwię mu się nieco mniej (i dla porównania: studia licencjackie trwają 3 lata, a magisterskie zazwyczaj 2). 

24 maj 2015

Hi Katarzyna, czyli o zwrotach i wywrotach

Obey

Zbliża się koniec semestru, a więc rozpoczyna czas wzmożonej intensywności relacji student-wykładowca, czy student-dziekan. W związku z tym, a także z tytułem tego wpisu, uznałam, że może warto przypomnieć główne treści z pamiętnego wpisu o „Pani Magdzie i Pani Kasi”, który powstał jako jeden z pierwszych na blogu. Mało kto pamięta rzeczywistość magisterską sprzed niemal trzech lat (zwłaszcza, że studia trwają regulaminowo 2 lata), ale rzecz dotyczyła sposobu zwracania się w komentarzach przez studentów do nas – (pro)dziekan(ek). Jeden ze studentów uznał, że w świecie wirtualnym obowiązują luźniejsze formy – stąd tytułowa Pani Magda i Pani Kasia. 

Uwaga pierwsza: relacja student-wykładowca/dziekan dotyczy konkretnego kontekstu i przypisanych obu stronom ról społecznych. Przynoszący mi pocztę listonosz nie będzie do mnie mówił „pani doktor”, bo jest z innego kontekstu, za to student, owszem, powinien. I nie wynika to z tego, że czuję się lepiej/ważniej jako doktor, tylko z konwencji. Przy okazji: mówienie do doktora per profesorze zazwyczaj nie nobilituje go, ani nie wprawia w dobry nastrój – co najwyżej przypomina o tym, że nie uzyskał jeszcze stosownych stopni czy tytułów, ewentualnie stanowiska (osoba w stopniu dr hab. może być zatrudniona na stanowisku profesora danej uczelni; rozpoznaje się to poprzez „dr hab. imię nazwisko, prof. SGH” i daje to już podkładkę do zwracania się per „pani(e) profesor(ze)”). 

Uwaga druga: w SGH pełnie dwie funkcję – naukowo-dydaktyczną i administracyjną. Jako dydaktyk urzędujący w tym semestrze w sali 112G, czy jako promotor prac dyplomowych jestem „panią doktor”, natomiast jako pracownik Dziekanatu Studium Magisterskiego – „panią dziekan”. I tu kolejna uwaga – nie uzurpuję sobie stanowiska Dziekan(ki) Kachniewskiej, która jest moją przełożoną, jednak znowuż konwencja nakazuje zwracanie się per „Szanowny Panie Kierowniku” (a nie Wicekierowniku), a prodziekan to taki wicedziekan, i stąd działa to tak samo. 

I na koniec słowo o zwrotach w mailach: tytułowe „Hi Katarzyna” przyszło do mnie wraz z pytaniem „I am not sure if you’re the right person to help me out, but…” i zakładam, że wiązało się z niewiedzą nadawcy who is who, a nie jakąś nad wyraz bezpośrednią kulturą organizacyjną uczelni, z której pochodził. Im jestem starsza, tym gorzej przyswajam „witam” (wklejając link powyżej zerknęłam na historyczny wpis i zobaczyłam zakres zmiany) i odpowiadam zazwyczaj „Szanowny/a Pani(e)”, licząc na zmianę konwencji po drugiej stronie. Jeżeli „Szanowna Pani Dziekan/Doktor” nie przechodzi Wam przez palce (i wcale nie musi), można napisać „Pani Dziekan/Doktor”, ewentualnie „Dzień dobry”. Oczywiście mam tu na myśli pierwszy kontakt – moi dyplomanci piszą do mnie „Pani Doktor”, a jeden, który pozostał przy formie „Szanowna Pani Doktor” trochę mnie stresuje ;) 

PS: Na jednych z ostatnich zajęć z Socjologii dowiedziałam się, że niektórzy studenci nie mówią wykładowcom dzień dobry na korytarzu, …aby im nie przeszkadzać. O ile to nie był prima aprilis pozostaje mi tylko życzyć sobie, aby to była jedyna forma przeszkadzania (choć myślę, że to nie jest właściwe słowo na określenie nawet najtrudniejszych naszych relacji, chyba że chodzi o zwykłe gadanie na zajęciach).

9 maj 2015

Student w teatrze życia dziekanatowego

Niedawno przerabiałam ze studentami na Socjologii teorie interakcji, w tym moją ulubioną dramaturgiczną E. Goffmana. Według niej ludzie są aktorami starającymi się jak najlepiej odgrywać swoje role przed publicznością. Każdy odgrywa swój własny spektakl, a w zasadzie spektakle, bowiem ról społecznych mamy wiele – w pokoju 47 Gmachu Głównego odgrywam rolę prodziekana (z naciskiem na „pro”), w sali 112G jestem wykładowcą, na korytarzu – pracownikiem naukowo-dydaktycznym z domieszką administracyjną, a poza SGH uczestnikiem ruchu ulicznego, pływakiem, klientem na poczcie, czy początkującym pilotem drona. 

Sednem teorii dramaturgicznej jest to, że odgrywaną rolę dostosowujemy do naszej publiczności. Tylko dzięki temu jestem w stanie zrozumieć odmienne strategie postępowania niektórych studentów w stosunku do swoich Asystentek toku i do mnie. Nieraz pisałyśmy z Dziekan Kachniewską, że Asystentki toku znają Państwa najlepiej z całego Dziekanatu (a przynajmniej znacznie lepiej niż my jesteśmy w stanie w ciągu kilku(nasto)minutowego spotkania na dyżurze). A jednak czasami (bo w większości przypadków tak nie jest) słyszę, że ten miły, ugrzeczniony student, który właśnie przyszedł na dyżur, dopiero co gwałtownie wykłócał się o swoje racje w okienku. 

Byłabym skłonna spuścić na to zasłonę różnic percepcyjnych, ale czasami (przeszukując dokumentację w poszukiwaniu rozwiązania) widzę ton maila skierowanego do Asystentki toku i mogę porównać go z mailem od tego samego nadawcy, który ja otrzymuję (nie muszę chyba pisać, że ten do mnie zaczyna się „Szanowna Pani Dziekan” (ewentualnie Prodziekan, choć to akurat nie do końca poprawna forma) i utrzymany jest w takim tonie). Z ciekawości kilka razy odebrałam jeden z dziekanatowych telefonów i wrażenia miałam …zróżnicowane (przedstawiałam się konspiracyjnie jako „Dziekanat Studium Magisterskiego, słucham”. 

Asystentki toku prowadzą Państwa sprawy, a zwłaszcza akta, mogą doradzić rozwiązanie w jakieś sprawie (albo stwierdzić, że nic się nie da zrobić), ale nie podejmują za nas (Dziekanów) decyzji. Jedynie je komunikują. W przypadkach niejednoznacznych nie zdają sobie Państwo często sprawy, ile razy opinia Asystentki toku zadziałała na Państwa korzyść. Podczas dyżuru, jak i rozpatrując podania niestandardowe, zawsze staram się skonsultować sprawę danego studenta z jego Asystentką toku. 

Czasami wspominam o tym zainteresowanemu studentom, ale stosunkowo rzadko. Pewnego razu sprawa była naprawdę graniczna. Asystentka toku sama wykazała się inicjatywą – poprowadziła studenta za rękę przez wszystkie meandry proceduralne, wyciągnęła za uszy, aby go zmotywować, i jeszcze dostarczyła mi argumentów, że warto. Rozpatrzywszy sprawę powiedziałam studentowi, że powinien podziękować swojej Asystentce toku za wstawiennictwo i pomoc. Następnego dnia w Dziekanacie pojawiła się wiązanka kwiatów. Niestety dla mnie.

4 kwi 2015

Rekomendacja w ciemno

fot.
Zazwyczaj podejmując decyzje na dyżurze nie mam poczucia dysonansu, czy – mimo złowrogich spojrzeń niektórych studentów – poczucia winy. Zakres mojej elastyczności określa Regulamin studiów, którego jestem wykonawcą, a w przypadku sytuacji niebiało-czarnych – praktyka, rozsądek i uwarunkowania indywidualne (w różnych proporcjach). Innymi słowy, albo czegoś nie da się zrobić, albo – uznając to za bardziej czy mniej zasadne – podejmuje odpowiednie kroki. 

W takiej sytuacji trudno o wspomniany dysonans poznawczy. Pojawia się on jednak w jednej, szczególnej kategorii przypadków – studentów, którzy przychodzą do mnie po rekomendację, czy inny list polecający. Na początku słowo wyjaśnienia: absolutnie chętnie i ochoczo piszę rekomendacje studentom (byłym i obecnym), z którymi miałam jakikolwiek świadomy intelektualny kontakt; to znaczy byli moimi dyplomantami, uczestniczyli aktywnie w moich zajęciach, a ja to pamiętam, ewentualnie uczestniczyli biernie, a ja jestem w stanie cokolwiek o nich napisać na podstawie wyniku z egzaminu i obecności (nie jest to wówczas wiele, ale zawsze coś). Niektórzy dają mi później znać, że rekomendacja się przydała i wtedy cieszę się jeszcze bardziej. 

Problem pojawia się jednak wówczas, gdy na dyżur dziekański przychodzi student, którego pierwszy raz widzę na oczy, i oczekuje ode mnie rekomendacji. I wówczas mimo najszczerszych chęci mam pewien kłopot. Doceniam to, że student startuje w jakimś konkursie, albo przymierza się do realizacji projektu, ba, instytucjonalnie (i nie tylko!) trzymam za niego kciuki. Jednak pisząc (lub podpisując) list rekomendacyjny na swój sposób poświadczałabym nieprawdę – bo niestety nie mogę o studencie powiedzieć nic ponad to, że jest studentem i ma taką a nie inną średnią. Niestety, daje się tu we znaki bezwydziałowość SGH – gdyby wydziały istniały, dziekan ds. studenckich nie miałby tego typu dylematów. 

To, co mogę ze swojej strony zaproponować to półśrodek. Jeżeli potrzebują Państwo rekomendacji Dziekana, proszę zaopatrzyć się najpierw w rekomendację Promotora ze stosowną pieczątką jego jednostki organizacyjnej – ja mogę wówczas na tej podstawie, albo wręcz na tym dokumencie, dopisać swoje trzy grosze. Stempelki będą się zgadzały, a ja nie będę miała poczucia dysonansu, czyli wilk syty i owca cała.

20 wrz 2014

Ja jako infolinia

rys. bongwater bandit
Zaczyna się nowy semestr z całą siłą czasu Sturm und Drang. Pierwsza fala interesantów spadnie na Dziekanat już pojutrze i to ja ze swoim poniedziałkowym dyżurem idę na pierwszy ogień. Trochę z tego powodu, ale i trochę po to, aby ułatwić sobie wirtualne życie teraz i na zaś, zamieszczam kilka informacji dla osób, które piszą do mnie maile w rozlicznych sprawach dziekanatowych.

1. Zanim napiszą Państwo maila z pytaniem proszę zacząć od swojej asystentki toku. To ona ma Państwa teczki, podgląd historii studenckiej w WD, a nie ja. To ona będzie Państwu w stanie doradzić w sprawach standardowych, a w tych bardziej skomplikowanych odeśle do Dziekana. Jeżeli już są Państwo po tym kroku, proszę o tym wspomnieć (najlepiej imiennie - abym wiedziała do kogo udać się na konsultacje). Unikniemy w ten sposób wymiany maili polegającej na tym, że ja odsyłam do asystentki toku, a Państwo mnie informują, że już u niej byli.

2. Proszę mnie nie pytać, czy można złożyć podanie, bo można – i to zawsze i w każdej sprawie, łącznie z tym, że wakacje były za krótkie, a pogoda za oknem nieprzyjemna. Najwyżej napiszę, że podanie bezprzedmiotowe, ponieważ wśród licznych kompetencji dziekańskich nie mamy mocy meterologicznych. Oczywiście to, że można złożyć podanie, nie oznacza, że zostanie ono rozpatrzone po myśli nadawcy – wydaje mi się, że często takie właśnie założenie przyświeca pytającym: powiedziała że można złożyć podanie, czyli będzie decyzja pozytywna. Proszę także pamiętać, że podanie to podanie a nie informacja. Bywa, że opisują Państwo szczegółowo swoje poczynania i na tym kończą o nic nie wnioskując. I jak na tej podstawie mam wydać decyzję? No, chyba, że "podobało mi się", albo "nie podobało". 

3. Kontynuując wątek podań – piszą Państwo niekiedy, że podanie zostało odrzucone. Nie ma takiej możliwości. Nie rzucamy podaniami. Podania rozpatrujemy – pozytywnie, albo negatywnie, a czasami jeszcze inaczej. Wszystko zależy od sprawy. 

4. Proszę mnie nie pytać, dlaczego w danej sprawie należy złożyć podanie, albo dlaczego należy ją proceduralnie rozwiązać tak a nie inaczej, bo czuję się winna czemuś, co nie zależy ode mnie. To nie ja ustalam prawo (i całe w tym kontekście szczęście). 

5. Jeżeli piszą Państwo do mnie w tej samej sprawie kilka razy pod rząd zanim zdążę odpowiedzieć, mogą Państwo liczyć głównie na moją irytację (najbardziej lubię forward maila raz wysłanego – jak rozumiem na wszelki wypadek, gdyby poprzedni nie dotarł; nieco niby bardziej racjonalne, ale również drażniące jest wysyłanie jednego maila na wszystkie moje adresy w SGH i poza). Staram się odpowiadać w ciągu doby, jeżeli sprawa jest bardziej skomplikowana, może to potrwać dłużej, ale nie jestem i nie czuję się infolinią. 

6. Odnośnie do odpowiedzi – w większości przypadków uzyskują Państwo odpowiedzi jednozdaniowe i nie ostateczne. Wynika to z trzech powodów: 
  • nie chcę tworzyć precedensów (sytuacja każdego studenta jest inna, nawet jeżeli ze studenckiego punktu widzenia są takie same); 
  • nie dysponuję pełną informacją (opowieść w mailu swoją drogą, ale prawda i tak jest w teczce); 
  • po co mam analizować dwa razy tę samą sprawę, skoro i tak i tak trzeba będzie rozpatrzeć podanie (mail podaniem nie jest). 
7. Na koniec słowo o zwrotach: cierpnę na „Pani Katarzyno” („Pani Kasi” szczęśliwie od jakiegoś czasu nie ma), przełykam „Witam”, lepiej z „Dzień dobry”, choć i tak odpowiadam „Szanowny Panie/ Szanowna Pani”). Co do funkcji – jestem prodziekanem, ale zwraca się do mnie per „Pani Dziekan”. I nie wynika to z tego, że przymierzam się do zajęcia pozycji Dziekan(ki) Kachniewskiej (podobnie jak wicedyrektor jest "Panem Dyrektorem", nawet jeżeli funkcję dyrektora pełni ktoś inny). Nie ma natomiast potrzeby awansowania mnie na „Panią Profesor", bo nie czuję się przez to ani mądrzejsza, ani starsza. 

28 paź 2013

Przypadki z dyżuru

Myślałam, że to będzie zwyczajny dyżur, ale już przy jednym z pierwszych podań oświadczyłam, że napiszę o nim na blogu. A zatem poniżej zatem hall of fame z dzisiejszego dyżuru prodziekańskiego. 

Podanie nr 1 (inspirujące), a w zasadzie dwa podania. Student przyszedł w pewnej sprawie i złożył od razu dwa podania – na wypadek zgody i na wypadek braku zgody. Nigdy wcześniej nie otrzymałam dwóch podań warunkowych. Dostałam oczopląsu. W efekcie nie rozpatrzyłam od ręki żadnego. 

Podanie nr 2 – niby standardowe podanie o wypisanie z przedmiotu, ale adnotacja prowadzącego przyprawiła o uśmiech nie tylko mnie, ale i Panią mgr Katarzynę Zając. Brzmiała ona: „Z wielką przyjemnością”. Ponoć prowadzący poprosił, aby wypisujący się student zachęcił innych – jakieś 100 osób – bo ma za dużo słuchaczy na wykładzie. 

Podanie nr 3 było normalne do bólu. Zwykłe dopisanie czy wypisanie z zajęć. Załatwiłam od ręki przy studencie, który siedzi po drugiej stronie biurka i obserwuje mój każdy ruch. Załatwiam = piszę „zgoda”, albo „brak zgody”, albo „zgoda pod warunkiem… (tego nie lubię, bo to wymaga większej liczby słów)”. No więc piszę „zgoda” a student odchodząc pyta, kiedy podanie zostanie rozpatrzone. Nie zostanie, bo już zostało… 

Podanie nr 4 nie było podaniem – a wydrukiem z konta na Gmailu pewnego studenta. Uznał, że sama kopia jego korespondencji z prowadzącym wystarczy do tego, aby wypisać się z przedmiotu. Dodał, że przedmiot jest e-learningowy, stąd ta wirtualna forma. Nie mam jak podpisać się na wydruku czyichś maili. Nie mogę ich również rozpatrzyć. Podanie, błagam! 

Na koniec muszę się do czegoś przyznać. Po raz pierwszy w życiu z premedytacją nie przyjęłam studenta. Pojawił się jakieś 7 minut po ostatnim interesancie (około 17:45) twierdząc, że ja mam przecież jeszcze przez kwadrans dyżur. Tymczasem był on oficjalnie do 16:30 – jak zresztą co tydzień. To, że dzisiaj zakończyłam przed 18:00 wynikało wyłącznie z faktu, że zaczęłam pół godziny przed terminem, a przez 10 minut miałam wsparcie drugiego prodziekana.

18 kwi 2013

Dobry i zły (pro)dziekan

Fot. Life with a fuzzy eater
Od początku roku akademickiego, w zeszłym tygodniu drugi raz zdarzyło mi się nie być na dyżurze prodziekańskim. Podobnie, jak i poprzednim razem znalazłam zastępstwo, bo staramy się urzędować w Dziekanacie o ustalonych przez siebie porach. Wieczorem napisała do mnie pewna studentka, która zjawiła się na owym dyżurze. Jej sprawa nie została rozpatrzona przez mojego zastępcę właściwie (= po jej myśli). Utyskując na zastępstwo (co już samo w sobie jest samobójem) miała nadzieję, że moja decyzja będzie inna. 

Zazwyczaj (a także w tym wypadku) nic bardziej mylnego. (Pro)dziekan to jednak przede wszystkim funkcja, a nie osoba; nawet jeżeli to osoba tę funkcję pełni, a każdy z nas robi to w nieco inny sposób, bo mamy inne charaktery, temperamenty, nastroje (które zazwyczaj chowamy na czas dyżuru), wygląd i inne cechy dyspozycyjne. Sposób ten dotyczy więc bardziej formy. Wszyscy bowiem tak samo otoczeni jesteśmy gąszczem regulacji prawnych i wewnętrznych ustaleń. Innymi słowy, jeżeli sprawa jest z natury sprzeczna z Regulaminem, nikt z nas nie wyda zgody. Jeżeli coś się studentowi z automatu należy – uzyska to od dowolnego (pro)dziekana. 

Oczywiście istnieje także strefa pomiędzy – czyli sprawy niejednoznaczne, zazwyczaj niestandardowe. Wówczas omawiamy je na kolegium dziekańskim, albo – jeżeli są mniejszego kalibru – konsultujemy się z innym (pro)dziekanem, czy dany przypadek miał i jak w takiej sytuacji postąpił. Na tej podstawie wypracowujemy praktykę działania w określonej sytuacji. Jeżeli kejs jest szczególnie zawiły prawniczo – ostatnią, a zarazem najpewniejszą, deską ratunku jest Dziekan dr Jarosław Wierzbicki. 

Innymi słowy nie ma dobrego i złego (ew. prostudenckiego i antystudenckiego) (pro)dziekana. No, chyba że zaczęlibyśmy wdrażać nowe techniki przesłuchiwania studentów. Póki jednak co, w zupełności wystarcza nam dyżur.

26 sty 2013

Dziekan też człowiek?

O pracach nad broszurą informacyjną dla studentów I semestru już pisałyśmy. Premiera szykuje się na pierwszą połowę lutego. Jednak już teraz ujawniamy kulisy. Okazało się bowiem, że jesteśmy dość szczególnym zespołem a wszystko za sprawą Maglowego „Kto jest kim”. Opierając się na standardowym szablonie, redakcja „Magla” przygotowała dla nas pytania, które miały posłużyć przedstawieniu naszych sylwetek w mniej formalny sposób aniżeli biogram czy CV. No i wyszło szydło z worka… 

Na początku sprawy prozaiczne – wszyscy jesteśmy po SGH, choć niektórzy mają dodatki w postaci innych uczelni. Dwoje z nas pochodzi z Warszawy, dwoje z terenów okołomazurskich, jest także reprezentantka przyszłej europejskiej stolicy kultury. Jesteśmy zespołem niezwykle aktywnym sportowo (narty, żeglarstwo, tenis, niektórzy nawet nurkują i szybują), intelektualnie (jak na pracowników nie tylko administracyjnych przystało – w wolnych chwilach również czytamy i blogujemy) i spirytystyczne (jedna osoba zajmuje się hobbistycznie czarnowidzeniem). 

Mamy wiele zalet i wad, choć niekiedy trudno jedne od drugich odróżnić: nieludzka dyscyplina, czepialstwo, drobiazgowość… nic tylko przychodzić do nas na dyżur. Z pozytywów należy wymienić m.in. konkretność, pracowitość, komunikatywność …i mocny żołądek. Dwoje z nas to osoby rodzinne – największym ich sukcesem jest właśnie rodzina, dwoje – to zadeklarowani egocentrycy: cieszą się, że mogą robić to, co chcą. Jest też jeden marzyciel, który uważa, że nastanie jeszcze czas jego sukcesu. 

Kontynuując wątek marzeń, tym razem niespełnionych – większość z nas podchodzi do nich realistycznie. Jedna osoba chce umieć latać, ale przecież wiadomo, że tak się nie da. Na tym tle marzenie o hodowli krów wydaje się znacznie bardziej realistyczne, zwłaszcza że w Polsce jest ich pod dostatkiem. Mamy też w zespole jednego szczęściarza, któremu marzenia właśnie się spełniają (czyli chyba marzył o tym, aby się nie nudzić) i dwóch niepoprawnych marzycieli w myśl łacińskiej maksymy dum spiro spero. 

Ciąg dalszy niespełnienia dotyczy wymarzonego zawodu z dzieciństwa. Tylko jedno z nas chciało być prodziekanem (zarazem jedna osoba być nim nie chciała – co za niefart!). W kategorii tej dominują zawody motoryzacyjne (kierowca wielkiego trucka, strażak, pilot, a nawet kosmonauta), choć zdarzają się i makabreski (anatomopatolog, w wersji skrajnej: lekarz sądowy). Jeden z członków naszego zespołu bardzo chciał być milionerem, ale najpierw była wymiana waluty i stracił do miliona cztery zera, a potem zaczął pracować na uczelni i na razie mu nie wyszło. 

Jeżeli macie problem z przyporządkowaniem poszczególnych elementów ankiety do danego (pro)dziekana, czekajcie cierpliwie na broszurę DSM (a w międzyczasie możecie głosować na nasz blog).

21 gru 2012

Wskazówek dotyczących obrony pracy magisterskiej ciąg dalszy

Obrona pracy magisterskiej. Temat, który spędza sen z powiek wielu osobom, które są na studiach. O czym należy pamiętać? Co sprawia największy problem? O tym i nie tylko opowiedział dr Michał Matusewicz – prodziekan Studium Magisterskiego, który z racji zajmowanej funkcji przewodniczy wielu obronom prac magisterskich.

Dr Matusewicz zapytany, co sprawia największy problem osobom podchodzącym do egzaminu dyplomowego stwierdził, iż zdecydowanie jest to pytanie z ekonomii. Szkoda, że tak jest, bo pamiętajmy, że pytania z ekonomii jako jedyne są jawne przed egzaminem. Co więcej, w przeciwieństwie do poprzednich lat, obecnie pytania z ekonomii nie ulegają zmianie wraz z rozpoczęciem nowego roku akademickiego. Warto się zatem do nich poważnie przygotować.

Wielu magistrantów przystępujących do egzaminu dyplomowego zadaje sobie pytanie, co w sytuacji, gdy wynik będzie negatywny. Otóż wtedy należy, jak radzi Pan Prodziekan, udać się do Dziekanatu z pismem wyrażającym prośbę o ponowny egzamin. Po uiszczeniu opłaty możliwe jest podejście do egzaminu z czystym kontem (obecnie poprzedni negatywny wynik nie wpływa na ocenę w drugim terminie). Negatywny wynik w drugim terminie ma poważniejsze konsekwencje – konieczne jest ponowne zaliczenie seminarium magisterskiego, co oznacza de facto konieczność napisania nowej pracy magisterskiej.

Zapytany o to, jak wyglądają obrady Komisji po obronie, dr Matusewicz podkreśla, że to tak naprawdę krótka dyskusja, podczas której każdy z egzaminatorów wyraża swoją opinię na temat poziomu wiedzy reprezentowanej przez magistranta. Na jej podstawie wystawiana jest ocena końcowa z poszczególnych pytań i ustalany końcowy wynik studiów. Prodziekan Matusewicz zwraca uwagę, by osoby, które złożyły pracę dyplomową, zainteresowały się, na kiedy wyznaczony został termin egzaminu. Informacje na ten temat znajdują się na stronach internetowych DSM oraz docierają na skrzynki mailowe studentów, wyłącznie na adresy SGH!. Niestety, wielu studentów nie korzysta z tego źródła, przez co w konsekwencji zdarza się, że studenci nie przychodzą na egzamin, gdyż nie odczytali informacji na ten temat. Korzystajmy zatem z poczty uczelnianej!

Kolejny istotny fakt, to ten, że pozytywny wynik z obrony może być osiągnięty tylko wtedy, gdy ze wszystkich pytań uzyska się pozytywną ocenę. Nie ma możliwości pozytywnej obrony nawet przy bardzo dobrych ocenach, jeśli jedno z pytań pozostaje niezaliczone.

By skończyć pozytywnym akcentem: pamiętać należy, że znaczna większość obron kończy się pozytywnie – wystarczy naprawdę tylko odrobina wysiłku :)

13 gru 2012

Choinka - żeby nie było, że Dziekanka tylko o regulaminie...


Negocjacje w sprawie udostępnienia zdjęć z dziekanatowej choinki były długie i mało owocne, ale jako osoba uzależniona od fotografii i tak postaram się, aby ten wpis stał się "fotopostem".

Choinka została zakupiona ze środków męża dziekanki, jako prezent mikołajowy ;-) (Żaden z przystojniaków na zdjęciu nie jest jednak owym mężem). Fundatorami i wykonawcami ozdób byli prawie wszyscy pracownicy dziekanatu. Autorami wypieków były chyba wszystkie Panie poza autorkami bloga, które charakteryzują się antytalentem cukierniczym i niekłamaną niechęcią do piekarnictwa. (Jako drapieżnik czuję się natomiast w pełni kompetentna w zakresie pieczystego ;-)

Ponieważ ciasta wzbudziły nasz szacunek, podziw i apetyt - należy im się fotka. Przyznacie chyba, że ptasie mleczko (czyli podstawowy składnik diety Halinek wg znanego portalu) wypada przy tym blado i nieatrakcyjnie ;-) 

Najważniejszym punktem wieczoru było  ubieranie choinki, czyli czynność zarezerwowana dla "dzieci dziekanatu". Sezon jest mocno grypowy, więc nie wszystkie do nas dotarły - ale i tak zrobiło się mocno rodzinnie, gwarno i niepoważnie. O to zresztą chodziło!

Dzieci nie czuły respektu ani przed dziekan(k)ami, ani Panią Kierownik (która zresztą mogła się nam pochwalić piękną córką i dwójką wnucząt). Zwiedziły cały dziekanat, nakruszyły, wypaćkały biurko dziekańskie farbkami do bombek - ale ostatecznie pięknie ubrały choinkę. Barierą nie do pokonania okazał się dopiero montaż gwiazdy na czubku choinki...








Musiał nas w tym wspomóc Autor Trzeci, czyli Rafał Osiński, który dołączył do dzieci zamiast do doktorantów :-) Mam nadzieję, że zdjęcie oddaje jego poczucie dumy z pomyślnego montażu gwiazdy!


O sesji zdjęciowej w fotelu dziekańskim była już mowa. Sporo czasu pochłonęło też fotografowanie dziekanatowej rodziny (nazwa w pełni zasadna - swoją prawdziwą rodzinę widuję 3-4 godziny na dobę - a w dziekanacie spędzam czasem 10 godzin!). Pierwsza przymiarka do zdjęć była dość nieśmiała i zza szafy.



Ostatecznie jednak fotografowały się wszystkie obecne na choince Panie, choć tylko niektóre Halinki pozwoliły zamieścić zdjęcia na blogu. Robię to z tym większą przyjemnością, że są to pracownice często wymieniane przez Was w korespondencji, jako szczególnie serdeczne, "pomocne i kochane" (to ostatnie określenie dotyczy Pani Kasi Kłopotowskiej, która właśnie (co widać na zdjęciu) otrzymała od jednej ze studentek kwiaty w dowód sympatii.

Moją największą udręką jest jednak Pani Beata Kluczna - wielka miłość studentów, która sprawy beznadziejne rozwiązuje następująco: "Pani Dziekan, no niech się Pani zlituje. Pani puści tego dzieciaka - ja go znam, on tak przychodzi i prosi... No jak ja mu powiem, że Pani go skreśla?". Albo "Pani Dziekan - wczoraj Pani tamtą studentkę puściła - to ta też niech ma!". W takich warunkach naprawdę trudno wczytać się w regulamin. Poza tym, jak "nie puszczę" studenta, to Pani Beatka mówi, że jestem zbyt surowa - albo strzela focha! Pani Beatce należą się podziękowania, bo jako pierwsza zdecydowała się wystąpić na blogu, twierdząc, że udźwignie jakoś ciężar sławy :-)



Najcieplejszą chyba osobowością dziekanatu jest Pani Helenka Stablewska. Aż trudno mi uwierzyć - a wierzyć muszę, bo mam dowody - że ta osoba jest w stanie zmusić studentów do terminowego złożenia pracy magisterskiej. Zapewne wielu z Was zna ją jako osobę zdecydowaną i nieustępliwą, ale to typowy romantyk, który z trudem przyjmuje rozwiązania administracyjne narzucane przeze mnie i bezlitośnie egzekwowane.



Nie mogę pominąć sesji zdjęciowej obu prodziekanek. Jedna z nich swego czasu została zagadnięta przez studenta, "w którym okienku przyjmuje". Potraktowała rzecz z uśmiechem, bo (wyjaśniała to już na FB) jej ego ściga się z humorem. Ale w ramach ćwiczenia pokory obie "pro" pozwoliły się zdjąć w okienku nr 5, użyczonym na tę okazję przez Panią Kasię Kłopotowską.

"Choinka" z naszymi Halinkami nie trwała długo - zaczęła się o 15.00 kiedy wszyscy byli już zmęczeni całym dniem pracy i w dodatku w piątek, kiedy myślami każdy zaczyna już wknd. Ale dziekańska służba-nie drużba - o 17.00 mieli nas odwiedzić kolejni goście - studenci i doktoranci współpracujący od września z nami, okazujący nam niesłychane wsparcie organizacyjne i psychiczne. Niektórzy z nich zajmują się tłumaczeniem tekstów dla studentów anglojęzycznych, inni mają technicznie wesprzeć nas przy renowacji strony www, "Magiel" cierpliwie pomaga popularyzować nasz blog, a prawnicy szukają wraz z nami możliwości poprawy losu studentów, poprzez wyszukiwanie dziur w regulaminie ;-) Nie wszyscy mogli przyjść, nie wszyscy zostali do końca (czyli do wspólnego zdjęcia) - ale celem tego spotkania było nie tyle składanie sobie życzeń (do świąt wszak jeszcze sporo czasu), co raczej intensywny networking. Ludzie, którzy gotowi są pracować razem pro publico bono powinni się znać, bo jak sądzę zawsze będą mogli liczyć na swoją wzajemną pomoc.

Takie są moje dla nich życzenia świąteczne!






8 gru 2012

Maglowania (pro)dziekan(ek) c.d.

Poświęcono nam i w tym numerze "Magla" dwie strony, ale skoro rozpisywałam się o naszym wywiadzie w listopadzie, teraz tylko wzmiankuję.

O ile w listopadzie mówiłyśmy głównie o blogu, tym razem jest trochę bardziej o podłużnym, dwupoziomowym (nie wiem, czy wiecie, że mamy antresolę z zagnieżdżoną mini-kuchnią, która - jak to stwierdził jeden z doktorantów na wczorajszej Choince - przetrzyma nawet nadchodzący w grudniu koniec świata) pomieszczeniu mieszczącym się w gmachu G za drzwiami nr 47.

Jest zatem o bieżącej pracy Dziekanatu, o studenckich podaniach (ale krócej niż na blogu), a także o tym, w jaki sposób stałyśmy się urzędniczkami uczelnianymi (po dziś dzień niektórzy uważają, że sama się zgłosiłam do tej funkcji w ramach dbania o rozwój kariery zawodowej. Natomiast faktem jest, że poznałam prof. Magdalenę Kachniewską, dopiero gdy została Dziekanem (Dziekanką została później ;)), a zobaczyłyśmy się chyba dopiero po głosowaniu na prodziekanów). 

Tyle wspominek. Zapraszamy do lektury online (s. 8-9). Wersja papierowa od 2 dni krąży po Uczelni (i DSM).

PS (od Magdalena Kachniewska): Faktycznie zobaczyłyśmy się własnoocznie tuż przed albo tuż po głosowaniu, czyli w pewnym sensie wzięłam "prodziekankę w worku". Jeszcze bardziej "w worku" brałam drugą "pro" - czyli dr Dorotę Podedworną-Tarnowską, która przebywała wtedy na projekcie w USA (jedyną rozmowę odbyłyśmy na Skype o 5 rano).

A jednak w obu przypadkach zrobiłam to bez większego wahania, bo najpierw zlustrowałam obie Panie w necie. Informacja, o czym i jak często ludzie piszą, czym się mogą pochwalić i jakich mają czytelników dużo mówi o ich zdolnościach i predyspozycjach do różnych zadań (albo o tym, że są puści i należy ich omijać szerokim łukiem). W każdym razie nigdy nie zawiodłam się na sieciach społecznościowych, jako źródle informacji o potencjalnych (współ)pracownikach.

Jak jest wyjątkowo dużo pracy, to przynajmniej myślę sobie, że mam świetny skład prodziekański!

6 gru 2012

Hall of Fame

Przykryję swój własny wpis, czego robić nie lubię, ale w całym dziekanatowym rozgardiaszu zapomniałam napisać o BARDZO WAŻNYM WYDARZENIU. Otóż Dziekan Górak-Sosnowska wpadła wczoraj do dziekanatu z niebylejakim (w każdym razie bardzo ciężkim) trofeum. Na zdjęciu obok dzierży je w ręku i jestem pełna podziwu, że daje radę jedną ręką! A resztę zacytuję - oszczędzę sobie pisania :-)

Otóż Katarzyna, będąca zarazem adiunktem w Katedrze Socjologii Ekonomicznej SGH i adiunktem w Katedrze Arabistyki i Islamistyki Wydziału Orientalistycznego UW, "odebrała wyróżnienie w konkursie Popularyzator Nauki 2012. Konkurs organizuje redakcja serwisu Nauka w Polsce (Polskiej Agencji Prasowej) oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Kapituła konkursu wyróżniła prezentację popularnonaukową dr Katarzyny Górak-Sosnowskiej pt. Czy islam może być cool? Muzułmańska kultura popularna. Gala wręczenia nagród odbyła się 5 grudnia w siedzibie PAP w Warszawie."

Gratki już były na FB, zanim oficjalny news trafił na strony SGH - ale warto napisać o tym raz jeszcze, bo ogromnie nas cieszy każdy przejaw aktywności pozadziekanatowej - szczególnie jeśli jest to sukces tej miary!

2 gru 2012

Okolicznościowa garść statystyk – listopad 2012

statystyki wejść podczas urban legend

Druga strona okienka funkcjonuje już dwa miesiące. Czas więc na comiesięczne podsumowanie. W listopadzie opublikowaliśmy ponad dwukrotnie mniej postów w porównaniu do października (21 do 56), choć przybył nam jeden autor. Wynika to trochę z lekkiego zwolnienia tempa pracy (nie wiem, jak Dziekan(ka), ale ja nie zaczynam każdego dnia o 5:20 i nie kończę dyżurów po 2 godzinach, a prawie o czasie), a trochę z cyklu życia samego bloga. Mimo to, nadal często nas odwiedzacie – w listopadzie byliście tu 20,5 tys. razy. 

W porównaniu do października zmieniły się Wasze czytelnicze preferencje. Interesują Was już nie tylko kwestie praktyczne, ale i wpisy bardziej subiektywne, wyrażające nasze zdanie w sprawach okołouczelnianych. Do pierwszej kategorii zalicza się Nowy system deklaracji semestralnych (1959 odsłon) oraz Oświadczenia dla maruderów (czyli po raz n+1 1313 odsłon) + Oświadczenia dla opornych (n+2 641 razy, http://takdladsm.blogspot.com/2012/10/oswiadczenia-dla-opornych.html). Do kategorii drugiej Polowanie na „wiedzę” (czyli afera chomikowa, 934 odsłony) oraz Wybory (z okazji wyborów do SS, 552 odsłony). Innymi słowy najbardziej interesowały Was w tym miesiącu deklaracje semestralne, dziekanatowa urban legend oraz – nieprzerwanie – system oświadczeń. Ponadto znacznie częściej zaglądaliście na stronę Dziekan(ki) Kachniewskiej (424 razy) niż moją (381 razy). 

Nadal najczęściej odwiedzacie nas z Facebooka (ponad 2,5 tys. wejść z adresów URL z odwołaniami + ponad 4 tys. z witryn z odwołaniami) oraz jej podstron. Drugie miejsce przypada stronie DSM na serwerze SGH (ponad 1,5 tys.), a trzecie dla Googla (ponad 700). W pierwszej dziesiątce witryn z odwołaniami znalazł się także Twitter, witryna krzak oraz gościnnie strona Uniwersytetu Wileńskiego. Więcej niż poprzednio osób szuka naszego bloga po sieci – około 200 razy wpisano słowa klucze takie jak „tak dla dsm”, czy „blog dsm”. 

Mamy także rosnące grono stałych czytelników spoza SGH. Nawet jeżeli statystyki nie są w stanie tego uchwycić. W tym miejscu pozdrawiam stałych czytelników z warszawskiej arabistyki i spoza!

21 lis 2012

Do szewca po bułki?

Mój Tata mawiał, że do szewca się chodzi po buty, a do piekarza po bułki. Dzisiejszy dyżur (jak i kilka poprzednich) utwierdził mnie w przekonaniu, że niektórzy studenci chcieliby kupować buty u piekarza. Tylko dzisiaj przybył do mnie student, który chciał omówić ze mną sprawę, rozpatrzoną już przez moją Szefową. Znalazł się także taki, który wierzył, że jestem w stanie zrobić "coś" z decyzją Prorektora. I do tego kilku, których sprawy można było rozpatrzeć na poziomie okienka...

Wspominana na łamach niniejszego bloga p. Katarzyna Zając stworzyła diagram procesu decyzyjnego, który lada dzień zawiśnie na jednej z wewnętrznych ścian dziekanatu. Na łamach bloga wykorzystam go i trochę rozbuduję - werbalnie, rzecz jasna, bo graficznie nie ma jak. A więc: jeżeli mają Państwo jakąś sprawę:
  1. Proszę sprawdzić, czy rozwiązania nie ma w jednym z ogólnodostępnych miejsc informacji. A jest ich kilka: a) wielokrotnie przytaczany tu Regulamin, ale także b) FAQ i inne zasoby strony DSM, c) ten blog, a dla bardziej dociekliwych - uchwały Senatu i zarządzenia Rektora (by wymienić tylko dwie zakładki działu Dokumenty).
  2. Jeżeli nie znajdą Państwo rozwiązania, proszę udać się do swojego Asystenta toku, czyli do okienka. Panie najlepiej znają Was i Wasze sprawy. Często zresztą korzystamy z ich wiedzy chociażby po to, aby ustalić historię danego studenta.
  3. Jeżeli to nie zadziała, zapraszamy na dyżur prodziekański - staramy się na nich rozwiązywać nietypowe przypadki (choć niemal każdy student uważa, że jego przypadek jest szczególny - nawet te z kategorii 1 i 2). Każdy z nas zajmuje się określoną kategorią studentów. Polecam to zwłaszcza uwadze studentom wyjeżdżającym albo powracającym z wymiany - te sprawy najlepiej omawiać z Dziekan Podedworną-Tarnowską.
  4. Jeżeli nam się nie uda, można się zwrócić do Dziekanki, zapisując się wcześniej na dyżur. Dziekan Kachniewska rozpatruje ponadto przypadki krytyczne, czyli takie, w których my nie mamy (na szczęście!) mocy sprawczej, w tym skreślenia i wznowienia. Jeżeli ktoś się takiego doigrał - najlepiej ominąć pkt 3.
  5. Kolejny krok to podanie do Prorektora ds. dydaktyki i studentów. Można je złożyć w przypadku odwołania od decyzji z pkt 4, albo w sprawach finansowych. Uwaga - Dziekanat nie ma żadnych kompetencji, jeżeli chodzi o sprawy finansowe. Stąd podania o anulowanie opłaty, rozłożenie na raty czesnego etc., są automatycznie przekazywane zgodnie z właściwością. Tym niemniej podania te należy składać u nas.
  6. Ostatni krok, jaki mogą Państwo wykonać na Uczelni, jeżeli nie zgadzają się Państwo z decyzją z pkt 5., to odwołanie się do Jego Magnificencji Rektora SGH. 
A co dalej? Dalej zostaje już chyba tylko Sąd. Oczywiście równie dobrze można się po prostu pogodzić z negatywną decyzją i nie przekraczać punktu 6 (a nawet 1-5!). Ale może być też tak, że sprawa zostanie załatwiona po myśli studenta. Statystycznie rzecz ujmując, często tak się właśnie dzieje.

12 lis 2012

Znowu nie o blogu w radiowej Czwórce

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nasz dziekanatowy blog jest albo nieciekawy, albo mało oryginalny. Już drugi raz z rzędu w radiu była audycja z udziałem Dziekan(ki) Kachniewskiej i moim, która docelowo (tj. w naszym skromnym mniemaniu) miała być o blogu, a była...

Może nie będę zdradzać wszystkich szczegółów. Można ją natomiast  odsłuchać:
Czwórkowa audycja ma charakter egalitarny, a zarazem biurokratyczny. Egalitarny, gdyż utożsamia nas - (pro)dziekan(ki) - z paniami z dziekanatu. W zasadzie jest to słuszne, bo i płeć się zgadza i miejsce pracy. Biurokratyczny, bo cała audycja dotyczy urzędników. Przedmiotem dyskusji jest jedynie to, w jakim stopniu mają oni wykształcony pierwiastek ludzki...

9 lis 2012

Maglowanie (pro)dziekan(ek)

W zasadzie nie było to ani w DSM, ani w Maglu, ani nawet w kuchni (co sugeruje tytuł Maglowego artykułu), ale w nowym klubie Jajko. Około 15 tys. odsłon temu spotkałyśmy się tam we cztery - dwie redaktorki i dwie (pro)dziekan(ki) i przy kawie z szarlotką porozmawiałyśmy o pierwszych wrażeniach po objęciu stanowisk, zmianach i pomysłach na dalsze usprawnienia funkcjonowania dziekanatu.

Innymi słowy zapraszamy do lektury nowego "Magla", a zwłaszcza stron 10-11, które w całości zajęłyśmy. Jest (znowu) trochę o założeniach i koncepcji, ale tym razem bardziej na luzie niż w Gazecie SGH. Jest także o bieżących wówczas sprawach, które teraz znajdują się w październikowym archiwum wpisów, takich jak protokołowa akcja abolicyjna, czy tajemnica 5 godzin, gdy okienka są zamknięte. Mówimy także o coraz większym wsparciu naszych wolontariuszy, zarówno doktorantów, jak i studentów. Opowiadamy o tym, co już się za ich sprawą dzieje, czyli o obsłudze bazy wiedzy podczepionej pod adres dsm.zgloszenie@gmail.com, na który nadal można pisać, a także o Autorze Trzecim. Opowiadamy i o tym, co - mamy nadzieję - dziać się będzie, czyli nowej stronie DSM (tej oficjalnej) i systemie identyfikacji wizualnej bloga i fanpage. 

Dodajmy, że blog DSM pojawia się także wzmiankowo na stronie 666 "Magla", na której to Redaktor Nieodpowiedzialny zarzeka się, że w tym numerze nie piszemy [...] o blogujących władzach Dziekanatu Studium Magisterskiego... No cóż, taka chyba konwencja działu "Do góry nogami" ;-)

W przyszłym numerze ciąg dalszy "DSM od kuchni", czyli naszego tasiemcowego wywiadu przeprowadzonego przez p. Ewę Świątecką i p. Urszulę Stelmach. Już teraz zapraszamy do lektury!

5 lis 2012

A nauka poszła w las...

"nuklearny" banknot irański
- to najsmutniejsza konstatacja z dzisiejszego Kolegium Dziekańskiego. A było to tak: Dziekan(ka) Kachniewska zadała nam pytanie, czy planujemy w listopadzie udział w jakichś konferencjach. Najpierw zapadła cisza. Potem pojawiły się pojedyncze odpowiedzi. Każdorazowo traktowane z należytą atencją. Bo przecież udział w konferencji oznacza nie tylko wolny dzień (który można przeznaczyć na uczestnictwo), ale także - a może przede wszystkim - czas na to, aby przygotować referat.

Chyba nigdy nie miałam aż tak jałowego czasu naukowego w swoim akademickim życiu zawodowym, a pracuję równo dekadę. Od początku września wydusiłam z siebie kilka haseł encyklopedycznych, jeden referat (z danych zebranych w czasie "wakacji") i jeden artykuł popularnonaukowy. Byłam także na połowie jednej konferencji i brałam udział w jednej dyskusji panelowej (i 4x w Festiwalu Nauki, ale to było w błogim wrześniu). I to chyba tyle. W miarę na bieżąco jestem w stanie komentować wydarzenia w mediach, choć marna z tego pociecha, bo najczęściej wymaga to kilkunastominutowego researchu w sieci i już. Z trwogą patrzę w swój kalendarz i listę goniących mnie zobowiązań, zaciągniętych w czasach mojej dżahilijji (arab. niewiedza, dot. czasów przedmuzułmańskich) - niewiedzy, nieświadomości tego, jak może wyglądać brak czasu.

Stopniowo przepoczwarzam się w urzędnika. Pocieszam się, że to w imię naprawy świata wokół mnie, czyli celów wyższych i taki jest koszt alternatywny, ale jednak po max. 4 latach prodziekanowania trzeba będzie jakoś wrócić do świata nauki. Póki co nie jestem w stanie zmusić się do napisania poważniejszego tekstu (poniekąd blog jest próbą samousprawiedliwienia - że przecież jednak piszę), bo nie mam na to ani siły, ani ochoty (pochodna braku siły). Książki od początku miesiąca jedynie kartkowałam, bo przyszły jakieś wcześniej zamówione (w czasach dżahilijji), na które czekałam - ba - chciałam je przeczytać! 

Mam nadzieję, że wróci mi zapał przed rokiem 2016. A na razie powtarzam sobie, że to, co mogłam byłam zrobić naukowo - zrobiłam (w moim przypadku jest to uruchomienie procedury habilitacyjnej we wrześniu 2011 r.). Inna sprawa, że nie mam pojęcia, czy - gdy nadejdzie wyczekiwany termin kolokwium - będę w stanie wbić się ponownie w naukowe tryby i jakoś do niego przygotować...

PS: A na obrazku naukowa namiastka, czyli irański banknot z elementem nuklearnym, ozdobnikiem poetyckim i prztyczkiem w nos zachodnich sąsiadów.