17 wrz 2014

Czekając na magistranta

Nieczęsto pełnię funkcję przewodniczącej komisji podczas obron prac magisterskich, ponieważ wolę wykonywać pensum za pomocą zajęć dydaktycznych. Takie sporadyczne przewodniczenie może być ciekawe poznawczo, jednak - zwłaszcza wrześniowe - bywa frustrujące. 

Każdego dnia odbywa się (czy też odbywać powinno) kilkanaście obron zaplanowanych od 8:00 do 16:00 (a czasami 7:30 do 16:30). Każda trwa mniej więcej pół godziny. Jest to czas na wymyślenie pytań, wejście magistranta do sali, przywitanie się,  przygotowanie odpowiedzi, odpowiedź na trzy pytania (część zdecydowanie najdłuższa), część niejawną i ogłoszenie werdyktu. Sporo obron jest zblokowanych, a zatem kolejno bronią się magistranci tego samego promotora, ale są i takie obrony, na które przybywa specjalnie cała komisja. 

Przewodniczenie komisji jest o tyle ciekawe, że daje możliwość poznania różnych pracowników naukowo-dydaktycznych, których w innym kontekście z pewnością bym nie poznała, bo i jak, skoro zajmują się zupełnie innymi dziedzinami i pracują w innych kolegiach. Można także posłuchać i poobserwować studentów, czasami czegoś się dowiedzieć (ostatnio poszerzyłam wiedzę z zakresu rachunkowości), a czasami ucieszyć się, że wypuszczamy w świat z dyplomem taką sensowną/fajną/ciekawą/... osobę. 

Ale czasami nie można. Na przykład w sytuacji, gdy student nie przychodzi w ogóle na obronę. A czekają na niego cztery osoby. Można powiedzieć, że czy tak czy siak egzaminator z ekonomii i przewodniczący są na Uczelni, ale promotor z recenzentem specjalnie przyjeżdżają, czasami w biegu, czasami spoza Warszawy po to, aby posiedzieć w sali obron, odnotować, że student nie raczył się pojawić i rozejść się. Godziny wyczekiwane nie liczą się nikomu do pensum, a że praca nie została obroniona – nie wlicza się również ani promotorowi ani recenzentowi. Może następnym razem... 

W obecnym miesiącu rozplanowanie harmonogramu obron jest niezwykle kłopotliwe. Z jednej strony wielu studentów prosi o to, aby stanąć na głowie i wpisać ich jeszcze na wrzesień (stąd dziwne godziny jak 7:30), z drugiej sporo osób odwołuje zaplanowaną obronę tuż przed (więc promotor 4 prac ma np. dwa okienka po pół godziny, bo przecież nie można innym studentom zmienić godziny obrony na 2-3 dni przed terminam), albo w ogóle się nie pojawia. W przypadku mojej Komisji nie odbyły się 2 obrony na 12, a wcześniej odwołano jeszcze 2, ale były i takie komisje, w których luk było znacznie więcej.

Już kiedyś Dziekan(ka) Kachniewska ostrzegała, że nie będziemy podchodzić z pobłażliwością do przekładania terminu obrony pracy magisterskiej (rekordziści potrafią to robić kilka razy w ciągu kilkunastu miesięcy). Niepojawienie się na obronie oznacza utratę jednego z dwóch terminów. Można niby i tak, ale wówczas warto solidnie przygotować się do egzaminu – np. umieć nazwać osie na obrazkach z ekonomii (bo rysować, jak widzę, umie każdy), albo nie zaskakiwać komisji twierdzeniem, że MFW odpowiada za wdrażanie euro. No, ale to już tematy na osobny wpis...

16 wrz 2014

Nowe umowy oraz wycinanie w pień studentów, potocznie nazywane sesją...

Nie jestem w stanie odpowiadać każdemu odrębnie na pytania z serii "sesja" i "dyżury dziekańskie". Informacje są na stronie www, a dodatkowo zamieszczam ten wpis, który będę już chyba tylko linkować.

Terminy sesji poprawkowej są Państwu znane co najmniej od stycznia, bo wtedy przyjęta została w tej sprawie uchwała Senatu. Konkretne daty egzaminów stopniowo zgłaszają nam wykładowcy, z których duża część dopiero wraca z wakacji i budzi się do pracy. Mogę tylko podzielać oburzenie studentów, że dowiadują się o dacie egzaminu z tak małym wyprzedzeniem, ale dyscyplinowanie wykładowców niestety nie leży w mojej gestii, co jest jednym z paradoksów uczelnianych. 

Z drugiej strony równie zaskakujące są dla mnie informacje studentów, typu "niestety nie będę na egzaminie z... w dniu..., ponieważ w tym czasie jestem jeszcze na urlopie. Proszę o wyznaczenie innego terminu egzaminu." Przyznam, że gdybym miała poprawkę, to nie przyszłoby mi do głowy planowanie wyjazdu w czasie sesji wrześniowej. A gdybym wpadła na tak szalony pomysł, to na pewno nie zdradziłabym się z tym przed wykładowcą ani dziekanem... (student był na tyle uprzejmy, że maila wysłał także dw. Rektora. SIC!).

Dopytują się też Państwo o daty dyżurów (pro)dziekańskich - grafik został już ustalony, ale dyżury zaczynamy w tym samym tygodniu, co sesję poprawkową i egzaminy magisterskie. Ponownie jednak proszę, aby do prodziekanów zgłaszać się po zasięgnięciu wiadomości u swoich asystentek toku - większość Państwa pytań ma charakter bardzo powtarzalny i każda z pracownic zna na nie odpowiedź. Jeśli zdarzy się bardziej skomplikowana sprawa, to asystentka toku na pewno zasugeruje zgłoszenie się na dyżur.

Ze względu na olbrzymie obciążenia, jakimi w tym roku zostanie obarczony dziekanat (bez zwiększenia liczby etatów) konieczna jest zmiana trybu otwarcia okienek. Ponieważ studenci studiów niestacjonarnych nalegają, aby zostały utrzymane dyżury popołudniowe aż dwa razy w tygodniu (pon. i śr.) odbędzie się to kosztem jednego dnia (czwartek) otwarcia okienek dla studentów studiów dziennych. Mam nadzieję, że to nie spowoduje nagłych wyrzutów, że właśnie czwartek był najlepszym dniem na załatwianie wszelkich spraw...

W ramach rekompensaty dyżury (pro)dziekańskie zostały rozłożone tak, że każdego dnia dostępny jest ktoś z prodziekanów lub ja (w tym roku we wtorki), a ponadto w pierwszej połowie października, która przypomina w dziekanacie Armageddon, obsługa studentów będzie odbywała się również w czwartki.

W tym roku początki będą cięższe niż kiedykolwiek, ponieważ w środku wakacji została ostatecznie podpisana przez Prezydenta RP nowa Ustawa o szkolnictwie wyższym. Wprowadza ona - poza wieloma innymi zmianami - obowiązek sformułowania umów dla studentów w trybie Uchwały Senatu Uczelni (dotychczas wystarczało zarządzenie Rektora). JM Rektor zwołał w związku z tym Senat jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego (24 września), nowe umowy i stosowna uchwała Senatu zostaną wówczas (mam nadzieję) przyjęte.

Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze - że wszyscy świeżo zrekrutowani studenci, którzy przez ostatni miesiąc składali dokumenty i podpisywali umowy - będą proszeni o ponowne ich podpisanie - wg nowego wzoru. Nie muszę dodawać, jak "uradowało" to mnie i Dziekana SL - od nowa musimy podpisać kilkaset umów, co zajmuje nam kilka dni. Jest mi też niezwykle przykro, że załatwianie spraw w dziekanatach, które i tak zajmuje dziesiątki godzin na początku semestru, będzie teraz wydłużone o kolejną procedurę, w której normalnie wyręczało nas Biuro Rekrutacji. 

Po drugie - serdecznie proszę studentów, którzy mają jeszcze ważne legitymacje ze studiów licencjackich, żeby nie spieszyli się w pierwszych dniach października do dziekanatu - chciałabym, żeby najpierw zostały obsłużone te osoby, których pośpiech wynika z braku legitymacji.

Studenci starszych semestrów nie muszą podpisywać nowych umów - otrzymają natomiast stosowne aneksy (zawierające m. in. odwołanie opłaty za II kierunek studiów). Tu sprawa nie jest super pilna, ale tak czy owak warto po taki aneks zgłosić się, bo interesujące Państwa regulacje zmieniają głównie zasady opłat.

Wszyscy studenci otrzymają na swoje skrzynki mailowe powiadomienie, jak tylko zostanie przyjęta uchwała Senatu i zostaną wydrukowane nowe umowy/aneksy do umów. Dlatego ponownie uczulam na sprawdzanie, czy skrzynki w domenie sgh.waw.pl są aktywne, czy nie są przepełnione, czy wiadomości z DSM nie wpadają do spamu i czy hasła są aktualne.

Na razie trzymam kciuki za szybki i bezbolesny przebieg sesji. Powodzenia!

13 wrz 2014

Zamieszanie wokół magisterki

Zasypują mnie Państwo pytaniami o ew. losy tych, którzy nie złożyli w terminie (i co więcej już wiedzą że nie złożą także we wrześniu) prac magisterskich. Zgodnie z obowiązującymi regulacjami (regulamin studiowania plus Ustawa o szkolnictwie wyższym) poza tym jednym przedłużeniem (do końca września) nie ma więcej możliwości przedłużania terminu złożenia pracy.

Niezłożenie pracy w terminie oznacza skreślenie studenta: najpierw wysyłamy ostrzeżenie o grożącym skreśleniu, a następnie informację o skreśleniu. (Tu mizerna, ale jednak, podpowiedź, że daje to Państwu jakieś dwa tygodnie zwłoki).

Większym problemem jest dla mnie odpowiedź na pytanie, co dalej. Dotychczas (na mocy starego regulaminu) istniała możliwość odpłatnego wznowienia na czas obrony lub powtarzania IV semestru (w praktyce samego seminarium magisterskiego), ale sąd odrzucił obie te formy jako niezgodne z Ustawą. Sąd dopuszcza wyłącznie powtarzanie całego semestru, a nie samego seminarium - przyznam, że zaskoczyła mnie ta interpretacja, skrajnie niekorzystna dla studentów :-(

Wystosowałam zapytanie do Radców prawnych SGH, jaki mamy przyjąć tryb postępowania wobec skreślonych studentów, którzy jednak zechcą złożyć pracę i przystąpić do egzaminu magisterskiego. Jak tylko otrzymam odpowiedź - dam znać na blogu i roześlę też informację na konta studentów IV semestru.

Osoby, które nie wnioskowały nawet o przedłużenie terminu do końca września, proszę pilnie aby to uczyniły. Od poniedziałku zaczyna się procedura skreśleń - dłużej nie mogę już zwlekać i tak odczekałam do połowy września, a informacja została rozesłana na Państwa konta jeszcze w lipcu.

No i proszę szybko pisać - dwa tygodnie to naprawdę sporo czasu!

31 lip 2014

Kiedy wolność nie popłaca

Podróże niewątpliwie kształcą, o czym świadczy rosnące zainteresowanie studentów wyjazdami zagranicznymi. Większość decyduje się na tę czy inną formę Erasmusa, nieliczni idą o krok dalej wybierając opcję tzw. free mover. Sformułowanie „krok dalej” może być w tym kontekście rozumiane na dwa sposoby – krok dalej = poza standardową ofertę, ale i krok dalej = ku większym problemom natury administracyjnej. 

W ramach „free mover” student wyjeżdża na uczelnię zagraniczną we własnym zakresie i na własne ryzyko. My kierujemy go na wyjazd na podstawie Learning Agreement, gdzie wpisane są przedmioty, jakie student zamierza realizować. I dobrze. Problem pojawia się na poziomie uczelni zagranicznej, która niekoniecznie musi się w tej dokumentacji odnaleźć. Nie wiążą jej przecież żadne zobowiązania – ani umowa bilateralna, ani porozumienia erasmusowe. Uczelnia może zatem LA podpisać, ale nie musi. 

I teraz co dalej? Student z uczelni zagranicznej dostaje jakąś formę zaświadczenia, że studiował. LA podpisać nie musi, a czasami wręcz nie chce. W jednym z przypadków, z jakimi się teraz zmagamy student przyniósł z uczelni zagranicznej wydruk w PDF. Jak na tej podstawie go rozliczyć? 

W standardowej procedurze po zrealizowanym stypendium zagranicznym student otrzymuje Transcript of Records (zwany popularnie ToRem). Na podstawie tego dokumentu, wystawionego przez uczelnię zagraniczną i podpisaną przez lokalnego Koordynatora, pracownik Działu Programów Międzynarodowych dokonuje wstępnego rozliczenia. Sprawdza zgodność przedmiotów na ToRze z deklaracją, przepisuje punkty ECTS (luba zamienia punkty kredytowe na ECTS), przepisuje oceny na skalę ocen obowiązująca w SGH. Takie rozliczenie trafia do Dziekanatu i przechodzi dalszą drogę, której końcem jest wpisanie wyników kształcenia osiągniętych za granicą do wirtualnego dziekanatu. 

Jeśli jednak uczelnia przyjmująca naszego free movera nie zechce wystawić oficjalnego ToRu, a poleca studentowi wydrukować sobie oceny z ichniego WD, albo odmawia podpisu wystawionego (w bólach) zaświadczenia, wówczas Dział Programów a następnie Dziekanat mają związane ręce. I nie chodzi tu o brak zaufania do studenta – dokumenty po wyjeździe muszą spełniać minimum wymogów administracyjnych, w tym posiadać podpis i pieczęć osoby go wystawiającej. W ten sposób znajdujemy się w impasie – uczelnia przyjmująca twierdzi, że poszła na tak dalekie ustępstwa (wystawiając niepodpisany ToR), że już nic więcej dla studenta zrobić nie może, administracja SGH nie przyjmuje rozliczenia, które nie spełnia wspomnianych wymogów, a student oczekuje zamknięcia semestru oraz wpisania do WD efektów ciężkiej pracy, za którą dodatkowo zapłacił z własnych środków. 

Czy w związku z tym odradzamy wyjazdy free moverom? Oczywiście nie. Prosimy tylko, aby we własnym interesie i dla spokoju ducha (a właściwie wielu duchów, bo i naszych i DPM), studenci dmuchali na zimne i wybierali uczelnie, które program free mover znają i stosują. Takie, które wystawią niezbędne zaświadczenia lub (idealnie) podpiszą przywieziony Learning Agreement. Nie jest to nota bene niczym niezwykłym – SGH również przyjmuje studentów-free moverów. Nikt nie odmawia im podpisu na LA, które obowiązuje w kraju, z którego student przyjechał. Jeśli nie da się tych informacji uzyskać samodzielnie, zawsze można zwrócić się o pomoc do pracowników Działu Programów Międzynarodowych. Ale przed wyjazdem, a nie po powrocie z nieważnym kwitkiem. 

Współautor: dr Magda Szybiak

15 lip 2014

Wyjazd z warunkiem i granice stawania na głowie

Niewiele spraw przetacza się przez Dziekanat o tej porze roku. Wyjątkiem są smutne, bo w zasadzie nierozwiązywalne, przypadki, kiedy student zakwalifikował się na uczelnię zagraniczną, a poległ na jednym z egzaminów. Zasada żelazna brzmi, że nie można wyjechać zagranicę z wpisem warunkowym, czyli z niezaliczonym przedmiotem. To, że termin poprawkowy nieraz wypada po rozpoczęciu semestru na uczelni zagranicznej nie jest furtką do negocjacji. Wiąże się raczej z dużym ryzykiem – jeżeli ktoś chce je jednak podjąć – i niemałymi kosztami. Takie są warunki brzegowe. 

Studentami studiów anglojęzycznych, jak i tymi, którzy wybierają się zagranicę zajmuję się od roku. Przez ten czas ani razu nie zmieniłam tych zasad – zwłaszcza że niby jak, skoro są one odgórne – poza jednym półprzypadkiem, który zresztą wszystkim zaangażowanym strom (studentowi również) nie wyszedł na dobre. Tym razem zamierzałam stanąć na głowie. Bo oto dni temu kilka otrzymałam następującego maila, z którego zacytuję fragment: 
Dostałem się na wymianę zagraniczną do (...), jednak w związku z kolizją egzaminów, mam niezaliczony jeden przedmiot (...) Wykładowca niestety nie zgodził się na przeprowadzenie drugiego terminu egzaminu wcześniej niż we wrześniu. 
Ogłaszam konkurs (bez nagród), dlaczego autor maila nie ma zaliczonego jednego przedmiotu: 
  • A) w związku z kolizją egzaminów (domyślnie: były dwa egzaminy o tej samej porze i nie mógł się bilokować)
  • B) z innych powodów 
Dramatyzmu dodaje fakt, że semestr zaczyna się w sierpniu, czyli przed poprawką, której efekt nie może być przecież znany.

Zakładam opcję A. Student dopełnił wszelkich formalności – zgłosił kolizję, ma nawet nadwyżkę punktów ECTS. Brak umiejętności bilokacyjnych nie jest ewidentnie jego winą. Zaczynam kombinować, jak tu stanąć na głowie – badam Dziekan(kę) Kachniewską, co ona na takie akrobację, a ponieważ sprawa jest „bardzo pilna” umawiam się tuż po powrocie z delegacji służbowej ze studentem w Dziekanacie. Wspólnymi siłami stajemy na głowie. A tu wyskakuje (dosłownie, bo w WD) opcja B. Kluczowa okazała się informacja o niezaliczonym przedmiocie, którą należy rozumieć dosłownie, czyli 2.0. 

Nie za bardzo rozumiem co ma do tego kolizja i chyba nie chcę rozumieć. Szkoda, i to nawet nie mojego przyjazdu do SGH, co raczej przyszłych studentów. Na dalsze akrobacje póki co nie mam ochoty. Nadwyrężył mi się kręgosłup.

13 lip 2014

Podwójny dyplom? Czemu tak?!

Kiedy zostałam zaproszona do napisania o programach podwójnego dyplomu na blog DSM od razu zaczęłam zastanawiać się nad tytułem. Pierwszy, jaki przyszedł mi do głowy „Jak nie ‘wyłożyć’ się na rozmowie kwalifikacyjnej?” miał zbyt szeroki zasięg, bo mógł odnosić się do jakiejkolwiek rozmowy kwalifikacyjnej. Był on poza tym spowodowany zmęczeniem mózgu po przeprowadzeniu 7 intensywnych rozmów kwalifikacyjnych do programu z Kolonią. Przez kilka następnych dni chodził za mną tytuł „Podwójny dyplom? Dlaczego nie?”. On jednak również nie wydaje się adekwatny, ponieważ patrząc z perspektywy 4 lat koordynowania tych programów i – niestety – ciągle małego nimi zainteresowania wśród naszych studentów, powinno się raczej zadać pytanie „Dlaczego tak?”. 

Idea programów podwójnego dyplomu istnieje już od wielu lat, choć w Polsce, ze względu na obowiązującą do 2011 roku ustawę o szkolnictwie wyższym trudno było je tworzyć, co sprawia, że jesteśmy sporo „do tyłu” w porównaniu z innymi krajami. Niemniej w SGH działały programy umożliwiające uzyskanie nie tylko dyplomu naszej uczelni, ale również dyplomu, lub przynajmniej certyfikatu realizacji ścieżki w kooperacji z uczelnią zagraniczną. Świetnym tego przykładem jest nasz flagowy program – CEMS MIM (dający wspólny dyplom 29 najbardziej prestiżowych szkół biznesu na świecie, w którym SGH uczestniczy od 1998 r.) czy działające od 20 lat Polsko-Niemieckie Forum Akademickie, lub – niestety już nieistniejące – program podwójnego dyplomu ze SciencesPo Paris oraz Program Studiów Europejskich (PSE). Z dumą mogłabym powiedzieć, że pod względem tworzenia i realizacji tego typu projektów, SGH należy do czołówki na polskim rynku. Mogłabym, ponieważ fakt „posiadania” programów, a co za tym idzie ogromna praca wykonywana przez pełnomocnika rektora ds. programów podwójnego dyplomu, pracowników akademickich doradzających w kwestiach merytorycznych oraz mojej skromnej osoby niestety nie idzie w parze z liczbą realizujących je studentów. 

Programy podwójnego dyplomu (PPD), dają szansę bardzo dobrym, ambitnym i wiedzącym, czego chcą studentom na uzyskanie dyplomu dwóch uczelni w ciągu zaledwie jednego toku studiów. Oprócz walorów naukowych dochodzi m.in. możliwość sprawdzenia się w środowisku wielokulturowym, nawiązania kontaktów osobistych i zawodowych, znalezienie ciekawej pracy. W chwili obecnej oferujemy programy zarówno na poziomie magisterskim, jak i licencjackim (właśnie podpisaliśmy umowę o utworzeniu programu z uczelnią z Korei, który ruszy już od najbliższego roku akademickiego) we współpracy ze starannie dobranymi uczelniami partnerskimi. Oprócz tego rozszerzyliśmy zakres niektórych programów, aby dać szansę większej ilości studentów (np. dodanie ścieżki niemieckojęzycznej z zakresu zarządzania w PPD z Johannes Gutenberg University Mainz, która jest dostępna dla studentów FiR i Zarządzania). Wydawałoby się, że w naszej uczelni nie powinno być problemu ze znalezieniem kandydatów odpowiadających takiemu profilowi. Jednakże albo z winy polityki informacyjnej, być może błędnego przekonania, że te programy to przyszłość edukacji, a może jednak z faktu, iż nie ma w naszej uczelni aż tylu świetnych i ambitnych studentów, którzy chcieliby podjąć wyzwanie, niestety nie udaje nam się zapełnić wszystkich dostępnych miejsc. 

Ciekawe jest to, że spore zainteresowanie naszymi programami jest wśród studentów, którzy planują przyjść do SGH na studia magisterskie z innych uczelni polskich; nasza bardzo szeroka współpraca z zagranicą jest dla nich jednym z ważniejszych powodów wyboru naszej uczelni. Jeszcze ciekawsze jest to, że znacznie większy popyt na PPD jest wśród studentów w uczelniach partnerskich, z którymi je realizujemy. We wspomnianym wyżej programie z Kolonią, rozmowy odbyły się jednostronnie – mieliśmy 7 kandydatów (na 5 dostępnych miejsc) z Kolonii i ani jednego z SGH, i to już drugi rok z rzędu. Czy to możliwe, że wymagany przez Kolonię GMAT jest jedynym powodem takiego stanu rzeczy? 

Jeszcze ciekawszy jest przykład naszego nowego programu magisterskiego z Technische Universität Berlin (TUB), którego pierwszą edycję właśnie zaczynamy. TUB jest jedną z najlepszych uczelni wyższych w Niemczech szczególnie wyspecjalizowaną w zakresie zarządzania innowacjami. TUB jest współzałożycielem i głównym filarem Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii (European Institute of Innovation and Technology – EIT), nowej inicjatywy Unii Europejskiej zmierzającej do stworzenia europejskiej organizacji naukowej na wzór amerykańskiego MIT. Oferowany przez TUB program „Master in Innovation Management and Entrepreneurship (IME)” plasuje się wśród najlepszych programów magisterskich z zakresu zarządzania w niemieckojęzycznych krajach według prestiżowego rankingu CHE (Centre for Higher Education Development). Dotychczas studenci IME mogli uzyskać podwójny dyplom University of Twente (Holandia), jednak podpisanie umowy z SGH spowodowało, iż więcej studentów zaaplikowało o kierunek – Warszawa niż Twente, i przyjeżdżają do nas już w październiku, choć zgodnie z planem powinniśmy zacząć ich przyjmowanie dopiero w 2015 r. Ponadto informacja o podpisaniu umowy z Warszawą spowodowała, że w tym roku o 40 miejsc w ramach IME walczyło ok. 430 kandydatów! Pierwotnie umowa o podwójnym dyplomie przewidywała po 5 miejsc dla studentów z TUB i SGH, jednakże w wyniku ogromnego zainteresowania wśród studentów z TUB zwiększyliśmy liczbę miejsc do 10, mając nadzieję, że zainteresowanie będzie obustronne biorąc pod uwagę prestiż partnera jak i niesamowicie ciekawą tematykę. Zadziwiające jest to, że o ile z TUB mieliśmy kilkanaście zgłoszeń od rewelacyjnych kandydatów i zmuszeni byliśmy stworzyć listę rezerwową, o tyle ze strony SGH aplikacje złożyły zaledwie 4 (!) osoby, w tym 2, które dyplom licencjata uzyskały na innych uczelniach. Ponadto, kandydaci, którzy nie dostali się do programu IME z przyczyn formalnych, byli zainteresowani rekrutacją na studia do SGH i aplikowaniem do PPD z naszej strony. Przeszkodą jednak był fakt, iż program jest oferowany na kierunku zarządzanie, a kandydaci niestety nie spełniali warunku znajomości języka polskiego, co podsunęło nam pomysł rozszerzenia umowy o kierunek International Business od 2015 r. Może to pozwoli nam, choć w tym programie, doprowadzić do równowagi wymiany… 

Być może zarzucicie mi, że próbuję Wam „wejść na ambicję” i nie będę zaprzeczać, że taki jest częściowo mój zamiar. Jako osoba, która w trakcie swoich studiów niestety nie miała takich możliwości wyjazdowych jak obecni studenci, po prostu nie mogę zrozumieć, że marnowany jest tak niesamowity potencjał. Pracuję w SGH od wielu lat (pracę zaczęłam sama będąc jeszcze studentką innej uczelni), więc mam naprawdę ogromny materiał porównawczy i ze smutkiem stwierdzam, że coraz mniej studentów zainteresowanych jest zdobyciem doświadczenia międzynarodowego. Powodów jest wiele, m.in. kariera zawodowa, brak przeszkód w podróżowaniu po świecie czy sytuacja materialna, ale czemu nie połączyć wszystkich tych rzeczy, aby zdobyć w przyśpieszonym tempie 2 dyplomy, które świetnie będą wyglądać w CV? Na dowód mogę podać przykłady naszych absolwentów, którzy zaraz po studiach znaleźli pracę np. w Google, Europejskim Banku Centralnym, firmach konsultingowych, reklamowych lub otworzyli własne firmy (czasem już w trakcie studiów), o których napisali swoje prace magisterskie. Może więc zatem, zamiast od pierwszego roku studiów licencjackich, uczestniczyć w wyścigu szczurów i wspinać się powoli po szczebelkach kariery, aby na koniec studiów być już zupełnie wypalonym zawodowo, warto zainwestować w niezapomniane i procentujące doświadczenie jakim jest program podwójnego dyplomu? W tym roku jest jeszcze szansa skorzystania z takiej możliwości, ponieważ we wrześniu odbędzie się kwalifikacja do PPD z European University Viadrina (zarządzanie, finanse i rachunkowość oraz International Business) oraz z Universidade Nova de Lisboa (zarządzanie), w ramach których wyjazdy realizowane są na drugim roku studiów. 

W imieniu dr Izabeli Bergel, pełnomocnik Rektora ds. programów podwójnego dyplomu i swoim serdecznie zapraszam! 

8 lip 2014

Czemu jest winien dziekanat?

Właściwie wpis mógłby być krótki, bo co do zasady dziekanat jest winien wszystkiemu :-) Niemniej wysyp kuriozalnych przypadków związanych z końcem semestru skłonił mnie do kilku szczególnych obserwacji, którymi się z Państwem podzielę. 

Wyjaśnienie tych przypadków możliwe było dzięki coraz większej odwadze studentów/wykładowców w zgłaszaniu się z prośbą o pomoc do DSM. 

Uważam to za największy sukces bloga, czy też szerzej: polityki przejrzystości, choć domyślam się, że wielu osobom nie w smak będzie sytuacja, kiedy student/wykładowca może zapytać wprost "Czy to prawda, że..." I nie wystarczy mu głupia odpowiedź - "bo w SGH mamy taki chory system".

  • Czy to prawda, że skoro nie mam oceny w protokole, to znaczy, że "jak zwykle protokół zapodziały Panie w Dziekanacie"?
Wszystkie protokoły (jeśli faktycznie zostały wypełnione przez wykładowcę i dostarczone do DSM) trafiają do jednej osoby - niezawodnej Pani Agaty, którą przyjęłam do pracy po najprawdziwszym "castingu", która nie ma na Uczelni żadnych krewnych ani "promotorów", o których bym wiedziała i która po prostu solidnie pracuje. Jeśli mówi, że protokół do nas nie trafił - to znaczy, że nie trafił. 
Zazwyczaj po wyjaśnieniach okazuje się, że dany wykładowca zapomniał, że ma 3 a nie 2 grupy, albo nie miał czasu jeszcze wpisać ocen, albo tysiąc innych powodów. Co wychodzi na jaw dopiero, kiedy student zapyta w DSM, dlaczego nadal nie ma oceny "skoro wykładowca już DAWNO ZŁOŻYŁ PROTOKOŁY"...

  • Czy to prawda, że mam zajęcia w niedzielę o ósmej rano, bo tak kazała Pani Dziekan?
Dziekan(at)  w ogóle nie ustala harmonogramu zajęć. Sama w niecierpliwością czekam na wyrok -  chociaż wiem z doświadczenia, że niedziela 8.00 rano to fajna pora: mało kto przychodzi, a jak już jest, to naprawdę zainteresowany tematem ;-)

  •  Czy to prawda, że Pani Dziekan "zdjęła" limit liczebności mojego wykładu (chciałem mieć max 60 osób)?
Tak. Nie stać nas (jako Uczelni) na tak mało liczne grupy wykładowe.

  • Czy to prawda, że mam się stawić na obronie za 4 dni? Przecież nikt mnie o tym nie uprzedził, a DSM ma obowiązek wysłać zawiadomienie na 14 dni przed obroną?
(w tym przypadku wykładowca zapewnił, że przyspieszona obrona to wynik wcześniejszych ustaleń ze studentem - gdyby nie zapytanie biednego magistranta, zapewne doszłoby do obrony z możliwym niepożądanym skutkiem)
Tak na przyszłość - minimum 14-dniowy okres powiadomienia jest przestrzegany zawsze, poza sytuacjami, gdy promotor i student ustalą inaczej. Jeśli otrzymujemy nieprawdziwą informację, to pozostaje potem wszystko odkręcać...

  • Nie zgłaszałem wykładu, a Pani Dziekan mi go uruchomiła. Proszę go odwołać!
Elektroniczny system zgłaszania wykładów (docelowo: oferta zamieszczona w Informatorze) zupełnie nie podlega dziekanatom studiów. Natomiast uruchomienie wykładów następuje w oparciu o deklaracje studenckie: jeśli wykład widnieje w WD i jest liczna grupa osób zainteresowanych nim - to kieruję wykład do uruchomienia. Trudno, żebym podejrzewała, że ktoś, kto zgłosił wykład... jednak go nie zgłosił. Pozostaje zweryfikować swoje poczynania z pomocą informatyków.

  • Student zdał u mnie egzamin, ale nie mam go w protokole. Podobno to dlatego, że dopisał się ręcznie, a nie w systemie deklaracji semestralnych. Student twierdzi, że "Pani z dziekanatu" kazała mi się stawić w DSM i wypełnić dodatkowy protokół!
Student nie mógł "dopisać się ręcznie". Mogła to zrobić tylko asystentka toku na jego wniosek i za moją zgodą. A ja wyrażam zgodę na taki zabieg niezwykle rzadko, bo to narusza strukturę wykładów, które już zostały uruchomione (takich przypadków jest co semestr kilkaset). Jeśli już wyrażam taką zgodę - to student trafia na listę wykładu i na pewno jest w protokole. Złożenie protokołu dodatkowego nic nie zmieni, jeśli student nie uzyskał zgody na dopisanie na przedmiot. (w przypadku o, którym mowa, student nie uzyskał zgody. To oznacza, że wykład nie zostanie mu zaliczony na poczet studiów.)

Ponadto:
"Panie z dziekanatu" NIGDY nic nie każą wykładowcom. Jeżeli konieczny jest kontakt w jakiejkolwiek sprawie - kontaktujemy się wprost z wykładowcą (mailowo lub telefonicznie). Proszę traktować komunikaty studentów z dużą ostrożnością. Szczytem absurdu była sytuacja, kiedy na moje konsultacje przyszedł student, który ani razu nie był na moim wykładzie, nie wiedział, że jestem dziekanem i poinformował mnie, że Dziekan zobowiązał mnie, żeby przyjąć od niego egzamin, ponieważ brak wpisu uniemożliwi mu wyjazd na stypendium. Ponieważ użył formy męskiej - uznałam, że chodzi o Dziekana SL. Niezwykle się zdziwiłam, kiedy okazało się, że sama sobie wydałam polecenie i to jako mężczyzna!

Tyle na początek, bo za chwilę sprawdzę pocztę i lista się wydłuży ;-)