25.04.2016

Przedmajówkowo-deklaracyjne PS

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu podaję aktualne dane o frekwencji w systemie deklaracji semestralnych na studiach magisterskich: 77.6 %. Może za kolejne 4 lata odsiadki w DSM dobilibyśmy do 99.9% ;-)  Nie wiem tylko, czy ta odsiadka jest mi do szczęścia niezbędnie potrzebna...

Teraz wiele zależy od wykładowców: dydaktycy dostali info o I terminie deklaracji i po sprawdzeniu, jakie jest zainteresowanie ich wykładami, mogą zadeklarować chęć prowadzenia zajęć, nawet jeśli liczba zapisanych nie osiągnęła magicznego poziomu 20 osób ("magicznego", bo wtedy "automatem" zajęcia kierowane są do uruchomienia). 

Za kilka dni Dział Rekrutacji i Organizacji Dydaktyki rozpoczyna pracę nad harmonogramem zajęć i w drugim etapie deklaracji otrzymają Państwo nie tylko listę uruchomionych zajęć, ale także ich terminy. Łudzę się, że tym sposobem ograniczymy skalę migracji w pierwszych tygodniach semestru zimowego.

Na razie przełączamy się na tryb "druga połowa semestru" i... przygotowanie do sesji. Tu też nastąpi pewna zmiana, związana z wymaganym wprowadzeniem protokołów ćwiczeniowych. Rozwiąże ona kilka problemów związanych np. z tym, że student zalicza ćwiczenia, nie zalicza egzaminu, ale poprawiać musi wszystko (w trybie warunku lub powtarzania semestru). Trwają jeszcze ostatnie ustalenia z informatykami - ale wygląda na to, że po majówce system będzie gotowy do testowania. 

Tymczasem przed nami kilka dni pracy, a potem wyczekiwana majówka :-)  Życzę Państwu umiarkowanego szaleństwa i pięknej pogody, a tym którzy nierozważnie wyjeżdżają - możliwie niewielkich korków ;-)

22.04.2016

Oferta a deklaracje...

Zakończyły się - dość burzliwe - dyskusje w ramach Senackiej Komisji Programowej na temat kształtu planu i programu studiów na rok akad. 2016/17. Przybywają nowe kierunki, nowe przedmioty i... potencjał dla nowych problemów. Wykładowcom wydaje się, że nowy przedmiot "zaskoczy" i przyciągnie studentów, studenci może nawet ucieszą się przeglądając nowy informator - a brutalna prawda jest taka, że uruchomienie tego przedmiotu nastąpi tylko wtedy, kiedy studenci (i to w określonej liczbie) zadeklarują gotowość jego studiowania. Niby niewiele...

System deklaracji na magisterskich jeszcze ciągle jest otwarty, a ja z przerażeniem obserwuję stale rosnącą liczbę osób zapisujących się na moje zajęcia (nawet moi asystenci już nie wyrabiają z pracą) - ale z drugiej strony słyszę alarmujące informacje, że "frekwencja wyborcza" na licencjacie (tam już system zamknięty) osiągnęła... 23%. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że zaledwie nieco ponad jedna piąta studentów studiów licencjackich przesądziła o tym, jakie przedmioty wystudiuje w przyszłym semestrze cała populacja. O ile na basicu nie stanowi to problemu, bo i tak funkcjonuje system narzuconych wykładów, o tyle program wyższych semestrów studiów licencjackich będzie mocno uszczuplony w stosunku do istniejącej oferty.

Za kilka dni zobaczymy, jak to wygląda na magisterce - rekord, jaki osiągnęli Państwo w ciągu ostatnich czterech lat wyniósł 60% (dopiero po wprowadzeniu mailingu, smsów i "chodzenia z kwiatkiem po domach"). Przy dwudziestu procentach wygląda to może fajnie, ale przecież to tylko trochę ponad połowa... 

Nie wiem, dlaczego pozostałe 40% (może nawet więcej) zdaje się na kolegów i koleżanki, ale za to wiem, że w pierwszych dniach po ogłoszeniu listy uruchomionych zajęć posypią się pytania i podania: "Dlaczego nie ma - tak bardzo chciałem", "Czy mogę indywidualnie", "Mamy tu całą grupę, oto lista, czy by się nie dało" itp.  

Zazwyczaj owe zgody na tryb indywidualny, daję tylko wtedy, kiedy autor podania poświęcił jednak czas i zapisał się na przedmiot w WD - tyle, że przedmiot nie ruszył, bo zainteresowanie było zbyt małe. Gorzej jeśli to jest spora grupa - wykładowcy czasem burzą się bardzo, że w systemie mieli 8 zgłoszeń, a teraz nagle jest ich 28. I nie zawsze podejmują się prowadzenia tych zajęć, bo po zamknięciu systemu deklaracji, widząc, że wykład nie rusza, zaplanowali sobie inne zajęcia i nie zawsze gotowi są z nich zrezygnować.

Nie wiem, czy nękanie Państwa informacjami, mailingiem, blogiem i Bóg wie, czym jeszcze, było zasadne. Jeden z wykładowców wytrwale czytający bloga od początku jego istnienia (czyli od 4 lat - gratuluję wytrwałości!) uważa, że to absurd, żeby "przez tyle lat trzymać za rączkę dorosłych ludzi, wycierać im noski i tłumaczyć, że sami kształtują swoje studia....". Może należy machnąć ręką i tak, jak w DSL uznać, że student ma prawo sobie spaprać plan zajęć, skoro taka jego wola? Przyznam, że tu akurat bardziej boli mnie los wykładowców, którzy pracują nad ofertą, a potem słyszą, że na zajęcia zapisało się 5 osób (albo nikt), bo reszta "zapomniała", "nie miała czasu", "była za granicą" (gdzie, jak wiadomo, nie ma internetu, bo to polski wynalazek).

No cóż - kadencja dobiega końca, więc ten jeden raz jeszcze jednak potrzymałam za rączkę, rozesłane zostały powiadomienia, a ja skrobię ten wpis, bez większych nadziei, że cokolwiek on zmieni. Nie wiem, jaki będzie dalszy rozwój wypadków, ale jest szansa, że od 1 października, kto inny będzie rozpatrywał Państwa podania i zachodził w głowę, dlaczego łatwiej jest sterczeć w kolejce do DSM, albo czekać na dyżur dziekański, niż wypełnić deklarację w WD...

I jeszcze hurtem odpowiem na powtarzające się zapytanie: tak, osoby, które są obecne w pierwszym etapie deklaracji, mają pierwszeństwo w zapisach w drugim etapie. Tak zresztą jest od kilku semestrów.

08.04.2016

O studenckiej zapobiegliwości

Połowa semestru, a w tym czasie obecnie znajdujemy się, to okres raczej spokojny, jeżeli chodzi o dyżury dziekańskie. Na dyżurach sporadycznie pojawiają się osoby, które walczą o to, aby nie zostać skreślonym, inne przychodzą – mam wrażenie – z przyzwyczajenia (kilka osób bez trudu rozpoznaję w kolejce na korytarzu, a niektóre pamiętam z imienia i nazwiska. Jako że od ponad 5 lat w zasadzie zatraciłam umiejętność pamiętania imion i nazwisk studenckich oraz przypisywania ich do konkretnych osób, wskazuje to na zażyłość naszych relacji, wyrażoną częstotliwością wizyt). Pojawiają się także studenci, których mogę określić jako zapobiegliwych w przód i w tył. 

Student zapobiegliwy w przód to taki, który planuje z bardzo dużym wyprzedzeniem. Na przykład już teraz zakłada, że nie zdąży napisać na czas pracy magisterskiej i pyta o możliwości przedłużenia terminu i zwolnienia z opłaty z powtarzanie seminarium. Zapytany, co takiego dzieje się w jego życiu, że już teraz wie, że przez najbliższe pół roku nie zdąży napisać kilkudziesięciu stron tekstu, odpowiada, że nic, ale woli mieć otwartą furtkę na przyszłość. Inny przypadek tego typu dotyczy studentki, która wyjeżdża na uczelnię zagraniczną i już teraz chce uzyskać zgodę na wysokopunktowany lektorat, wliczony na dodatek w pulę przedmiotów merytorycznych. Jak mogę zgodzić się na jeden przedmiot nie znając pozostałych (inna sprawa, że lektorat to lektorat)? 

O ile studenta zapobiegliwego w przód stosunkowo łatwo zrozumieć – w końcu mało kto toleruje niepewność co do swojej przyszłości, sama chętnie chciałabym wiedzieć, co będę robić za pół roku – druga kategoria, czyli student zapobiegliwy w tył, nieco mnie zdumiała. Może i ona ma jakieś głębsze uzasadnienie, ponieważ spotkałam na ostatnich dyżurach kilka tego typu osób. Przyszły z podaniami o dopisanie lub wypisanie się z przedmiotu, co tak czy inaczej byłoby raczej niemożliwe, a teraz – w połowie semestru – tym bardziej. Na moje pytanie, czemu teraz, zaprezentowali ciekawy wywód: otóż wcześniej wszystkie podania rozpatrywane były negatywnie, a zatem pomyśleli, że nieco poczekają i spróbują szczęścia później. Szczęścia jednak, jak nie było, tak nie ma. Pozostaje zapisać się na przedmiot w kolejnym semestrze. O właśnie, niedługo rozpoczną się deklaracje...

20.03.2016

Nowe wirtualne oblicze Dziekanatu

Wszyscy (a przynajmniej znakomita większość) czytelników niniejszego bloga przyzwyczajona jest do obecności DSM na FB – zwłaszcza, że większość z Państwa wchodzi na blog za pomocą linków umieszczanych na FB. Rok 2016 przyniósł kolejne wcielenie Dziekanatu – angielskojęzyczny fanpejdż DSM dla zagranicznych studentów studiów magisterskich w SGH. Pomysł i spora część wykonania należą do p. Pauliny Łysakowskiej, która wraz z dr Magdą Szybiak urzęduje w „sekcji zagranicznej”, zwanej pokojem 56. Oddaję jej w związku z tym głos: 

Małymi krokami, przenosiliśmy wszystkie akta studentów zagranicznych oraz tych, którzy kształcą się w obcym języku do pokoju 56. Oczywiście „pokój 56” to nie nowy oddział a filia, pozostająca w strukturze DSM, tyle że podstawowym językiem komunikacji ze studentami jest angielski. 

Od lutego przejęłyśmy ponadto sprawy wszystkich cudzoziemców, w tym studiujących w języku polskim, łącznie około 400 osób. Zmiany te pozwoliły na zmniejszenie kolejek w Dziekanacie głównym dla polskich studentów, zaś cudzoziemcy zyskali możliwość załatwiania swoich specyficznych spraw związanych m.in. z Biurem Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej. Pokój 56 otwarty jest cztery dni w tygodniu. Ponadto, razem z koordynatorami kierunków raz na kwartał, organizuje spotkania studenckie, na których omawiane są bieżące problemy dotyczące studiowania. 

Aby usprawnić informowanie studentów, „pokój 56” utworzył fanpage, na platformie FB, by kontaktowanie się, informowanie oraz relacjonowanie życia studenckiego mogło odbywać się po angielsku. Master Studies in English SGH zaistniał kilka miesięcy temu, ale już z uśmiechem patrzymy na zasięg postów i aktywność naszych angielskojęzycznych studentów. 

I faktycznie – patrząc na komunikaty na naszym angielskim fanpejdżu widać, jak wiele nam jeszcze brakuje, aby student zagraniczny poruszał się w SGH z równą (albo chociaż porównywalną) swobodą, co student znający język polski. Jeden z ostatnich wpisów dotyczył tak teoretycznie prostej sprawy jak to, że sala 1A w gmachu C, gdzie akurat odbywało się spotkanie z koordynatorem angielskojęzyncznego kierunku, to sala a nie aula... Pani Paulina stara się na fanpejdżu zamieszczać także informacje o wszelkich wydarzeniach odbywających się w języku angielskim. Pomysł wydaje się trafiony – dopiero co jedna z naszych uczelni partnerskich stwierdziła, że chętnie go wykorzysta w komunikacji ze swoimi zagranicznymi studentami :)

Współpraca: mgr Paulina Łysakowska

15.03.2016

Dziekanka w erze Plancka albo prawo wielkich liczb

Muszę przyznać, że pseudonaukowe rozważania, jakimi próbują Państwo mydlić mi oczy w czasie dyżurów dziekańskich, wymagają z mojej strony nadludzkiej cierpliwości (a to jest obszar, w którym i tak poruszam się z dużym trudem). Otóż tak się ciekawie złożyło, że ostatni dyżur obfitował w przypadki liczbowe...

Generalnie wszyscy obecni na dyżurze doznali w pewnym momencie olśnienia, że studentów SGH obowiązuje realizacja minimum 30 ECTS w semestrze, a łączna liczba ECTS wymaganych w celu ukończenia studiów magisterskich w SGH wynosi 120 ECTS. Ale zawiłości tej zasady przekroczyły możliwości moich poniedziałkowych gości.

Pierwszy delikwent zadeklarował w minionym semestrze 80 ECTS. Nie dziwi mnie fakt, że nie podołał takiej liczbie wykładów i egzaminów. Dziwi mnie natomiast fakt, że nie zauważył (a od miesiąca trwa nowy semestr), że nie ma prawa uczestniczyć w zajęciach (brak zaliczenia semestru oznacza skreślenie z listy studentów). Uznał natomiast, że zawarta w decyzji o skreśleniu formułka "przysługuje Panu prawo złożenia wyjaśnień..." oznacza po prostu, że trzeba przyjść na dyżur i wyprosić "nieskreślanie". Na moją prośbę o podanie "uzasadnionych przyczyn" Pan uśmiechnął się i stwierdził "rozwaliło mnie prawo wielkich liczb - nie sądziłem, że 80 ECTS to aż taka WIELKA liczba". Oczywiście podtrzymałam decyzję o skreśleniu, ale z ciekawości zapytałam, czy Student potrafi przytoczyć owo prawo wielkich liczb. (Niewyraźne mruknięcie.) Zapytałam, czy zagrałby w orła i reszkę o swoje dalsze studia. Nie wyczaił podpowiedzi, więc zrezygnowana uznałam, że to nie jest największa strata dla Szkoły...

Zaraz potem pojawił się Pan, który o wielkich liczbach na pewno nie słyszał, bo miał problem z doliczeniem do 30. Zrealizował na I semestrze o dwa przedmioty za mało (w dodatku przedmioty kierunkowe) i usiłował mnie przekonać, że... miał nadwyżkę na studiach licencjackich w Krakowie (nazwy uczelni nie przytoczę, bo to szacowna buda i nie wypada ośmieszać). Przedmioty nadwyżkowe zrealizowane w Krakowie były przedmiotami artystycznymi, ale niezrażony student zarzekał się, że przekona opiekuna kierunku, żeby uznał zamienniki z oferty SGH...

Kolejny przypadek potrafił zliczyć do 30 - ale dalej ani rusz. Student ów miał warunek z II semestru, który owszem - zadeklarował i zrealizował na III semestrze, ale zarazem wliczył do puli obowiązujących 30 ECTS na III semestrze. Był niezwykle zdziwiony faktem, że 3 ECTS za przedmiot warunkowy były już raz policzone (na II semestrze) i nijak nie zgodzę się na ich ponowne uznanie. Rozmowę zakończył pogróżką, że w tej sprawie uda się do samego JM. Bardzo mnie to ucieszyło, bo JM jako matematyk zapewne lepiej ode mnie poradzi sobie z zawiłościami prawa wielkich liczb i malutkich ECTS-ów.

Te trzy wyrafinowane przypadki sprawiły, że gęstość masy dziekanki zaczęła pod koniec dyżuru niebezpiecznie zbliżać się do magicznego 1093 g/cm3. Uratował mnie - jak za dawnych, koszmarnych, podstawówkowych czasów - dzwonek na lekcje. Poszłam na swoje zajęcia, dzięki czemu Szkoła nadal stoi...

Podsumujmy:

120 ECTS =  30 ECTS + 30 ECTS +30 ECTS +30 ECTS = 4x 30 ECTS (i tyle fundują nam podatnicy)

Jeżeli jakieś ECTS-y (np. w liczbie 3) nam "się oblały" i mamy warunek, to nadal na kolejnym semestrze realizujemy obowiązujące 30 ECTS i DODAJEMY owe warunkowe 3 ECTS (tym razem sami za nie płacimy). 

Jeżeli popełniamy szaleństwo deklarując 80 (niechby nawet "tylko" 60) ECTS w semestrze, to potem wbijamy zęby w pulpit i zakuwamy do potężnej sesji, albo mężnie przyznajemy się do porażki i wnosimy o powtarzanie semestru.

Niezależnie od tego, czy zrealizujmy mniej niż 30 ECTS w semestrze, czy zadeklarujemy zbyt dużo i nie wszystkie zaliczymy - ryzykujemy skreśleniem z listy studentów. W jednym i drugim przypadku lepiej przyjść do DSM przed skreśleniem niż po, bo sporo można uratować prostym podaniem. Chowanie głowy w piasek nie pomoże...

09.03.2016

Bo do tanga trzeba dwojga

Powiada się, że podróże kształcą i chyba nie trzeba szukać dowodów potwierdzających to twierdzenie. Natomiast być może szkoda, że niekiedy trzeba przebyć ocean, aby zdobyć doświadczenie, które teoretycznie nie powinno być niczym wyjątkowym i mogłoby zostać nabyte na miejscu w SGH. 

Na początek kilka linijek wyjaśnienia: od wczoraj jesteśmy z mgr Anetą Szydłowską, zastępcą kierownika w Dziale Rekrutacji i Organizacji Dydaktyki na Mobility Fair w Northeastern Illinois University w Chicago. Reprezentujemy naszą Uczelnię na tych targach, zbierając całkiem sporo pochwał z różnych zewnętrznych źródeł – o czym pewnie doniesiemy w sposób nieco bardziej formalny na łamach „Gazety SGH” (by nie wspomnieć o sprawozdaniach z pobytu, które każda z nas musi popełnić). 

A teraz o doświadczeniu – otóż w dniu wczorajszym, dzisiejszym, a najpewniej i jutrzejszym pierwszy raz od myślę kilku miesięcy rozmawiałyśmy ze studentami SGH na luzie i na tematy niekoniecznie wyłącznie merytoryczne. Na NEIU jest bowiem kilku studentów ze studiów licencjackich. Nie dość, że sami przyszli i zagadali (okazało się, że trzech na czterech przeszło przez moje dydaktyczne ręce), to zaoferowali swoją pomoc przy targach; sami z siebie (przynajmniej takie sprawiali wrażenie). I zupełnie najnormalniej zaczęliśmy rozmawiać o tym i owym. 

Piszę niemalże z euforią, ponieważ w zasadzie nam się to nie zdarza w SGH. Nie przypominam sobie sytuacji, aby student zagadał mnie na jakiś temat niedziekański i niezajęciowy. Po kilku próbach w zasadzie przestałam chodzić na imprezy studenckie – mimo formalnych zaproszeń – bo zazwyczaj ląduje w „sali vip”, gdzie nie mam kontaktu ze studentami, a gdy z niej wychodzę w zasadzie nie ma możliwości nawiązania kontaktu. No bo niby jak? ;)

Tu w NEIU zadziałały najpewniej dwa czynniki. Po pierwsze, byliśmy sobie niejako dedykowani – my przybywamy jako reprezentacja SGH, do miejsca gdzie przebywa naszych kilku studentów. Wypadało chociaż powiedzieć sobie dzień dobry. Była zatem platforma do kontaktu. Po drugie, być może zadziałał tu kontekst amerykański – luźniejsze relacje między studentami a wykładowcami. Takie właśnie nie tylko zajęciowe, ale i okoliczne. Warto wspomnieć, że jeden z naszych studentów opowiadał nam o imprezie, na której dziekan tańczył z jedną ze studentek i nie miał z tym żadnego kłopotu. U nas kłopot najpewniej by był (o ile w ogóle byłaby okazja) i obstawiam, że po obu stronach. Ale może kiedyś nastanie czas weryfikacji.

07.03.2016

O wykładowcy, co nie chciał zrobić egzaminu

Minął właśnie ostateczny termin, do którego należało zdać zaległe egzaminy, o ile była taka potrzeba i o ile uzyskało się przedłużenie sesji. Jak co semestr, sprawy okołosesyjne zajmują w pierwszych tygodniach semestru sporo miejsca na dyżurze. Tym razem chciałabym skupić się na kilku przykładach, które zaczynają się w sposób dramatyczny i na pierwszy rzut oka wymagający interwencji, a mianowicie od tego, że wykładowca nie chce przeprowadzić dla studenta egzaminu w przedłużonej sesji, choć student uzyskał na to zgodę. 

Owszem, zdarzały się takie pojedyncze przypadki i wówczas, gdy było to zasadne staraliśmy się interweniować. Prawo do dodatkowego terminu wynika z Regulaminu studiów, stąd i interwencje kończyły się pomyślnie. Czasami jednak bywa i tak, że mimo tego, że zgoda na przedłużenie jest, student do tego egzaminu nie przystępuje i nie ma tu winy wykładowcy. Podam trzy przykłady. 

Przykład nr 1: Student zgłasza się do wykładowcy z przedłużoną sesją i podaje czas, kiedy pasuje mu napisanie egzaminu. Choć jest to niewątpliwie wielkoduszne ze strony studenta, nie musi to być podstawą do wyznaczenia tego terminu. Proszę sobie wyobrazić sytuację, gdy studentów jest 10, albo nawet 3 i każdy ma inne preferencje czasowe, a może i lokalizacyjne. Sama wyznaczam egzaminy swoich przedmiotów w sesji przedłużonej wyłącznie w czasie swoich dyżurów. Nie dziwię się zatem wykładowcy, który odmówił wyznaczenia terminu na za 2 dni, bo studentka zaraz potem jedzie na 2 tygodnie na narty i wraca na początku marca. 

Przykład nr 2: Wykładowca wyznaczył termin z dnia na dzień – to faktycznie brzmi groźnie i jestem w stanie uwierzyć, że może to znacznie utrudnić proces przygotowania się do egzaminu, zwłaszcza, jeżeli już raz zdołało się go oblać. Ale jak do tego doszło? Student owszem, uzyskał przedłużenie sesji, nie kwapił się jednak, aby uzyskać informację o terminie egzaminu. Z wykładowcą skontaktował się pod koniec lutego – gdy ten wyznaczył już zbiorczy termin egzaminu dla wszystkich zainteresowanych. Wówczas faktycznie jest to z dnia na dzień, ale jak mówi porzekadło – kto późno przychodzi… Oczywiście wykładowca może ugiąć się i zorganizować dla spóźnialskiego studenta dodatkowy termin, ale nie musi. I oczywiście piszę o mocnym końcu lutego, przełamanym początkiem marca, a nie o np. pierwszym dniu sesji. 

Przykład nr 3: Tym razem na dyżur przychodzi uśmiechnięta studentka, a było to na początku marca, i prosi o przedłużenie sesji. Papiery się zgadzają, nie ma problemu, choć dziwię się, w jaki sposób ma zamiar umówić się z wykładowcą, skoro zostały jej w zasadzie 2 dni robocze. W tym momencie uśmiech znika i pojawia się zdziwienie. Nie, przedłużenie sesji nie działa w taki sposób, że przez pierwsze trzy tygodnie wyrażają Państwo wolę przystąpienia do egzaminu, a przez następne kilkanaście ją Państwo realizują. Należy zdążyć z wyrażeniem woli (złożeniem podania) oraz egzaminem do końca terminu. Inaczej nie będziemy wiedzieć, czy Państwo zaliczyli semestr. A wiedza ta jest potrzebna nie tylko nam, ale i różnym instytucjom, do których dostarczamy sprawozdania. 

 Na koniec przykład podania, które mnie rozczuliło: studentka napisała podanie o przedłużenie sesji w imieniu swojego wykładowcy, który za jej pośrednictwem zwraca się do Dziekanatu z prośbą o danie jej jeszcze jednej szansy (było to jedyne uzasadnienie podania). Na podaniu widniał podpis wyłącznie rzeczonej studentki. Zdecydowałam się nie wnikać, co na to wykładowca. Najwyżej sam przyjdzie do Dziekanatu oburzony brakiem zgody…