Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziekanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziekanka. Pokaż wszystkie posty

2 paź 2015

W kierunku urlopu

Kolejny zalew podań i kolejny przyczynek do wpisu. Łączę dwa tematy, bo i tak kolejka spraw, które wypadałoby tu poruszyć rośnie w zastraszającym tempie. Bezwzględnie proszę o czytanie regulaminu - to powstrzyma Państwa przed kolejnymi głupstwami, których dokonujecie na własną szkodę.

Najpierw urlopy. Zgodnie z regulaminem studentowi przysługuje nie więcej niż 2 semestry urlopu okolicznościowego, popularnie zwanego dziekanką. Jeżeli nie przekraczają Państwo tego limitu, to w zasadzie udzielam urlopu bez wnikania w szczegóły, chociaż niektórzy chętnie się nimi dzielą. Warunkiem ubiegania się o "dziekankę" jest ukończenie I semestru studiów, przy czym ukończenie oznacza pomyślne zaliczenie sesji (a nie zakończenie planowego okresu trwania semestru - co usiłują mi wmówić co bardziej asertywni studenci).

Generalnie problemem nie jest więc udzielenie urlopu - ale jego ponowne udzielenie. Jeżeli wykorzystane zostały (w jednym ciągu lub oddzielnie) 2 semestry, to kolejny raz nie można wnioskować o urlop okolicznościowy. I nie pomoże wtedy wyjaśnienie, że "wtedy to było na wyjazd do pracy i musiałem na rok", a teraz to "przygotowuję się do ciężkiego egzaminu na prawie" itd. Tak jak pisałam tutaj - dziekan pełni niewdzięczną role strażnika regulaminu, a absolutne wyjątki mogą liczyć na przychylność Rektora (konieczne jest wówczas odwołanie).

Nie udzielę też urlopu okolicznościowego osobie, która nie uregulowała kwestii opłat albo ma zaległe egzaminy. Niezwykle rzadko wydaję zgodę (ale nie jest to niemożliwe) na urlop okolicznościowy z prawem realizacji wskazanego przedmiotu (podejmując decyzję, zwykle biorę pod uwagę średnią skumulowaną).

Inaczej ma się kwestia urlopu zdrowotnego, o który można wystąpić z powodu przewlekłej choroby, długotrwałej rehabilitacji, przeciągającego się pobytu w szpitalu itd. Tu nie wystarczy z kolei opis objawów (a trafiały się takie podania), bo nie jestem lekarzem i nie stawiam diagnozy, ani nie potwierdzam, czy diagnoza samodzielnie postawiona przez studenta jest trafna, czy nie. Bezwzględnie wymagam zaświadczenia lekarskiego, ze wskazaniem postulowanego czasu urlopu zdrowotnego. I czuję się doprawdy zażenowana, kiedy po takiej informacji student i tak próbuje mi opisywać swoje problemy zdrowotne.

W przypadku urlopu zdrowotnego bywa, że po roku nadal niemożliwy jest powrót na studia i w tym przypadku można wnioskować o kolejny urlop zdrowotny (nawet jeśli będzie to łącznie więcej niż 2 semestry).

Niektórzy z Państwa proszą o urlop i zwolnienie z opłat - niepotrzebnie, bo w czasie urlopu nie ponoszą Państwo żadnych kosztów związanych ze studiami. Znowu - wystarczy przeczytać regulamin...

Ponieważ teraz sporo wpisów nasuwa się pod wpływem dyskusji z pierwszakami, to siłą rzeczy muszę poruszyć zagadnienie nr jeden - podania o zmianę kierunku i o II kierunek. W pierwszym przypadku wymagam zgodnie z regulaminem zaliczenia I semestru studiów. Nie pomoże płacz, że "w czasie rekrutacji mi się kliknęło". Jeżeli ktoś aplikował na dany kierunek, wskazując zarazem second best, to zakładam że robił to świadomie. Zmiana planów zawodowych jest jakimś argumentem i nawet mogę próbować uwierzyć, że nastapiła dokładnie między wrześniową rekrutacją a październikowymi zajęciami, ale nie zmienia to faktu, że przygotowania do rozpoczecia semestru mają określone tempo. A zapewniam, że nie chodzi o jedyncze podania - gdyby tak było nie bawiłabym sie w ten przydługi wpis.

Co do drugiej kwestii - Ustawa jasno gwarantuje studentom prawo do nieodpłatnego studiowania na II kierunku (i słusznie się Państwo na to powołują), ale nie nakazuje żadnej uczelni przyjmowania każdego studenta na II kierunek (a próbują mnie do tego przekonać co niektórzy). Tu zastosowanie mają regulacje wewnętrzne, a w SGH jasno wskazują one, że o II kierunek studiów ubiegać się można dopiero po zaliczeniu I semestru studiów.

Podań o II kierunek jest mnóstwo - ich liczba wzrasta na IV semestrze, kiedy studenci uciekają przed niemiłą perspektywą wejścia na nieprzyjazny rynek pracy (nie kryją Państwo tego powodu, a ja go całkiem rozumiem). Pierwszaki także wnioskują o II kierunek (tu chyba grają raczej ambicje albo zachowanie sobie dwóch furtek, gdyby jedna okazała się mało ciekawa). Studentów I semestru odsyłam za pół roku (czyli po pierwszej sesji), a starsze roczniki weryfikuję na okoliczność średniej skumulowanej i ostateczną decyzję uzależniam od jej wysokości (poziom minimalny to średnia 4.0). Dlatego proszę zacząć myśleć o II kierunku zawczasu...

Już teraz uprzedzam też, że mogą pojawić się kolejne ograniczenia w staraniach o II kierunek, ponieważ limit przyjęć na Uczelnię możemy przekroczyć tylko o 10 procent (powyżej pewnej liczby studentów nie otrzymamy dofinansowania studiów). Na to nakłada się zwyczajny problem z zapewnieniem miejsc w grupach studenckich (tegoroczny październik pokazał to z całą brutalnością). Na pewno konieczne jest wprowadzenie limitu czasowego: o ile wnioski o II kierunek rozpoczęty w październiku br. rozpatrywałam pozytywnie nawet 2 tygodnie przez rozpoczęciem zajęć, o tyle w kolejnych semestrach termin ten przesunę i wnioski będzie można składać najpóźniej miesiąc przed rozpoczęciem zajęć w kolejnym semestrze. To pozwoli nam przynajmniej mniej więcej określić zapotrzebowanie na miejsca w grupach.

Jutro pewnie dalsza porcja obserwacji i wniosków z Waszych podań...

2 lut 2015

Te moje babska...


Niniejszy wpis jest swoistą odpowiedzią na niezwykle interesujący (anonimowy) e-mail, jaki otrzymałam przedwczoraj. Myślę, że w przeddzień nowego semestru (i przyjęcia kilkuset nowych studentów/czytelników bloga) warto objaśnić kilka kwestii. 

Zacytuję fragment wspomnianego maila, bo parafraza pozbawiłaby go dokumentnie smaku:

"(...)nie wiem, kto zajmuje się prowadzeniem bloga i fanpejdża DSM, ale stanowczo proszę, aby Pani zmobilizowała te swoje babska do systematycznego udzielania odpowiedzi. Gdybym miała czas czekać na odpowiedź, stanęłabym w kolejce do okienka. Jak rozumiem media mają mi tego oszczędzić, tymczasem dwa dni czekałam na odpowiedź na swoje pytanie.
Nie rozumiem też, dlaczego na prośbę o przysłanie odpowiedzi na maila, znajduję tylko komentarze na blogu  lub fejsie. Czy tak trudno jest poświęcić pięć minut na napisanie na prywatny adres, skoro stanowczo o to proszę?"

Człowiek o minimalnym wyczuciu i kulturze osobistej zapewne zrozumie, dlaczego komentarz do powyższego zamieszczam dopiero dzisiaj. Odpowiedzi mailowej - przyznam - nie udzieliłam w ogóle. Nie tylko dlatego, że anonim to anonim i wypada uszanować prywatność kogoś, kto nie chce podawać swojego nazwiska, ale przede wszystkim dlatego, że dwa dni to stanowczo za mało, żebym się zdołała opanować...

Późno, bo późno, ale autorka też chyba zreflektowała się, bo wykasowała swoje zapytanie z FB - zapewne wtedy, kiedy zorientowała się, że mimo anonimowego maila, "na fejsie" podała nazwisko.

No cóż - blog prowadzą w szczególności 2 babska (łatwo sprawdzić po nazwiskach kim są autorki wpisów) przy okazjonalnym/gościnnym wsparciu innych osób (za co jestem im niezmiernie wdzięczna). Wpisy na FB pojawiają się automatycznie (zaciągane z bloga), ale już udzielenie odpowiedzi na zamieszczane tam pytania wymaga wejścia na FB, a nierzadko także wyszukania informacji, co niełatwo robić w godzinach pracy. W tej chwili jest godz. 01.08 - czyli najspokojniejsza pora dnia (że tak się niefortunnie wyrażę) - i wtedy najczęściej mam czas na zabawę mediami społecznościowymi.

A co do 5 minut - oczywiście! Znajdę nawet 10 minut, żeby "stanowczej Pani" odpowiadać, przesyłać pliki i linki, żeby nie musiała przypadkiem surfować po oficjalnej stronie DSM, ani tym bardziej fatygować się "do okienka". Niestety stanowcza Pani musi poczekać, aż najpierw poświęcę (również po 5-10 minut) na udzielenie odpowiedzi na 20 (w weekendy) do 130 (w dni robocze) innych wiadomości mailowych otrzymywanych każdego dnia.

Proszę się też nie dziwić, że na pytanie zadane na FB - pada odpowiedź na FB, nawet jeśli "stanowcza Pani stanowczo prosi" o odpowiedź na maila. Przecież sama wybiera kanał komunikacji.

A reszta to już w netykiecie...

27 sty 2015

Pół miliona wejść, czyli top of the top

tyle wejść raczej nam nie grozi ;)
Przyznaję się, że kilkakrotnie sprawdzałam statystyki wejścia, gdy wypatrzyłam, że lada moment stuknie nam pół miliona wejść. I – jak to jest w prawie Murphy’ego – jak sprawdzać przestałam, to zaraz stuknęło. Zajęło to nam (a raczej Państwu, bo to głównie Państwo wchodzili na blog) dwa i pół roku. Innymi słowy na nasze 0,5 mln wejść pracowało kilka pokoleń studentów studiów magisterskich i niejedna osoba postronna. 

Z okazji (zbliżających się jeszcze wówczas) 0,5 mln wejść w zeszłym tygodniu przypomniałyśmy z Dziekanką Kachniewską o blogu w porannej audycji w radio RDC (jeżeli ktoś nas tuż po 8:00 rano widział w Jajku na śniadaniu, niechaj nie myśli, że to po nocy spędzonej w pracy, choć faktycznie – gdy wstawałyśmy była niewątpliwie za oknem noc). 

Na początek garść wspomnień, czyli sentymentalna nuta: pierwszy wpis Dziekanki (wtedy jeszcze Dziekan ;)) z 29 września 2012 r., moja pierwsza wywalczona gablota. Potem przyszły pierwsze zmiany w otoczeniu materialnym – z tego czasu zachowało się archiwalne zdjęcie (poniżej) – i ludzkim: na naszą odezwę zareagowało kilku chętnych do pomocy studentów/doktorantów. Niektórzy pomagają nam do dziś.


Przez pierwszy rok zasypywałyśmy blog wpisami – od końca września do końca 2012 roku pojawiło się ich 108. W roku 2013 było ich 165, w kolejnym już znacznie mniej – 74. Łącznie z tym wpisem jest ich 354. Licząc orientacyjnie około 2 tys. znaków na wpis, daje to prawie 20 arkuszy autorskich. To mniej więcej tak, jak gdybyśmy z Dziekanką napisały wspólną książkę (może kiedyś?), albo opublikowały po 10 artykułów lub rozdziałów każda. 

I na koniec top of the top: Największą popularność zyskały sprawy drażliwe prawne. W przeszłości były to: Opłaty za II kierunek - ostateczna odpowiedź :-( (9,7 tys. wejść) oraz Leniwi, zatroskani albo przestraszeni... (czyli oświadczenia POL-on, 4,5 tys. wejść). W tym roku królowało Zamieszanie wokół magisterki (5 tys. wejść), Magisterka - opinia prawna - nareszcie.... (3,5 tys. wejść). 

Niektóre drażliwe kwestie prawne dotyczą spraw uniwersalnych: Magisterka po skreśleniu (6,5 tys, wejść), Warunek warunkiem poganiać (2,8 tys. wejść), a jeszcze inne nie tracą na aktualności ze względu na swój bardzo praktyczny charakter: Wskazówek dotyczących obrony pracy magisterskiej ciąg dalszy (3 tys. wejść) oraz Nowa Ekonomia Dziekanatowa (2,6 tys. wejść). 

Zainteresowaniem cieszyła się również sekcja „pudelkowa” – Nie wyrabiam, czyli co można znaleźć w podaniu (5,5 tys. wejść) oraz Papierowe korekty i inne plotki (4,1 tys. wejść). Interesowali się Państwo również nami – nasze (Dziekanki i moją) strony osobowe odwiedzali Państwo po około 6 tys. razy, nad wyraz równo i zarazem egalitarnie. 

Do miliona wejść przy zachowaniu tempa i trendu najpewniej nie dojdziemy do końca kadencji (zostało nam już mniej niż więcej – 1,5 roku). Ale kto wie!

25 paź 2013

POL-on naprawdę „on”!

fot. wallcg.com
Na początku słowo pochwały. Mimo jednego komentarza „o nie…” odnotowanego na FB – który zresztą zalajkowałam w imieniu dziekanatu, bo to przecież my gromadzimy te wszystkie formularze – nie jest źle. Niemalże natychmiast ruszyli Państwo do czynu i zaczęli składać deklaracje na wszystkie możliwe sposoby – albo w okienku, albo w skrzyneczce (skan nie wchodzi niestety w grę). Mimo gromadzonej sterty papieru bardzo nas to cieszy. 

Ale jest ale. Niektórzy do sprawy podeszli zbyt pośpiesznie, albo nieuważnie i wypełnili nie to oświadczenie co trzeba. Większość błędów dotyczy studentów II sem., którzy z automatu wypełniają często to samo oświadczenie co poprzednio – dla studentów I semestru właśnie. Bardzo prosimy o odrobinę uwagi. Przecież wystarczy przeczytać skrótowy skrót informacji na blogu i wszystko będzie jasne. 

Dla naprawdę leniwych – basic: 
  • Formularz I dotyczy I kierunku, I semestru 
  • Formularz II dotyczy I kierunku, wyższych semestrów 
Powyższe są do wyboru. Wielokierunkowcy składają dodatkowo w kontekście SGH:
  • Formularz III dotyczy II kierunku, przy czym I kierunek został rozpoczęty po 1 października 2011 roku 
Pytania, które zaczynają się od tego, że opowiadają Państwo swoje historie edukacyjne (czasami od poziomu licencjata i głębiej) proszę kierować przede wszystkim do swoich Asystentek toku, które po kilku semestrach już są zaprawione w boju. Do tej pory na blogu rozwiewała je z cierpliwością anioła i determinacją Syzyfa Dziekan(ka) Kachniewska, jednak do końca miesiąca nie ma jej w kraju (i nie są to wakacje).

3 lip 2013

Co może Pani Kasia?

Na przykład wiązać nikab
Jeszcze tuż przed sesją, gdy pisałyśmy z Dziekanką Kachniewską posty na temat konieczności zwracania protokołów, deklarowania przedmiotów etc. miałyśmy wrażenie powtarzalności, ba, cykliczności niektórych treści. Zmienia się tylko data wpisu i grupa docelowa, której należy o danej sprawie przypomnieć. Nic w tym dziwnego, gdyż studiowanie ma cykliczny charakter. 

Tym jednak razem pragnę odgrzebać inny stary wpis, który co prawda doczekał się ponad 700 odsłon, ale najwyraźniej to nadal za mało. Chociaż dotyczy on Pani Magdy i Pani Kasi, skupię się z oczywistych względów na drugiej części. W ciągu ostatnich kilku dni dostałam kilka maili i innych wiadomości, w tym: 
  • witam-prośbę o przygotowanie absolwentowi dokumentów, przetłumaczenie i wysłanie mu na podany adres pocztowy. Prośba była zaadresowana do mnie (odpowiedziałam per „Szanowny Panie” licząc na wzajemność, ale niestety nadzieja to płonna) 
  • kilka „podań” na moje prywatne konto na FB, które użyte zostało jako skrzynka nadawcza w związku z głębokim przekonaniem, że jest to jedyna forma kontaktu ze mną w związku z zawieszeniem dyżurów dziekańskich (wiadomo – FB uzależnia, mail służbowy niekoniecznie ;)) 
oraz perełkę – mail od studentki z prośbą o interwencję skierowany do „Pani Kasi” (zbieżność imion nieprzypadkowa) i podpisany „Małgosia”. Na moją prośbę, aby zapoznała się najpierw z rzeczonym wpisem, studentka napisała, że pracuje w branży, w której nie przywiązuje się wagi do tytułów i że przeprasza, jeżeli mnie uraziła.
Korzystając z okazji chciałabym niniejszym obalić te dwa mity (w jeden przyznaję, sama wierzyłam w czasach wczesnostudenckich): 
  • Na sposób zwracania wpływa przede wszystkim pełniona rola społeczna adresata – do swojego studenta na zajęciach powiem „proszę Pana”, albo „Panie Michale” (jeżeli akurat pamiętam i jeżeli akurat nazywa się Michał), ale jeżeli zostanie za jakiś czas ambasadorem i spotkamy się w kontekście dyplomatycznym, powiem „Panie Ambasadorze” (poza tym kontekstem też może tak się zdarzyć). Dla swoich studentów na zajęciach jestem „Panią Doktor”, w sprawach administracyjnych „Panią Dziekan” – pisanie Prodziekan to tak jak gdyby pisać „Pani Wiceprezes” albo „Panie zastępco Przewodniczącego”), ale jak trafię do szpitala, lekarz pewnie będzie do mnie mówił „Pani Kasiu”. Niekiedy dostosowujemy formę zwracania się na wyrost do kontekstu – występując z Dziekanką Kachniewską w radiu będę zwracać się do niej i mówić o niej per „Pani Dziekan”, choć zazwyczaj tego ode mnie nie wymaga, ba – nie chce. 
  • To nie jest kwestia urazy czy bólu niedocenienia, co raczej pewien absmak związany z niewiedzą na temat kontekstu i ról społecznych. Jeżeli student pisze do mnie „Pani Kasiu” nie czuję się odarta z ciężko zdobytych dwóch literek, tylko pewną nieadekwatność (i tu wyznanie: po I semestrze studiów brałam wpis u pewnego prof. dr hab., którego wpisałam do indeksu jako dr. Gdy wpisując mi ocenę dopisywał brakujące człony swojego przedimienia zakładałam chyba dokładnie to samo, co pani Małgosia w stosunku do mnie) 
No dobrze, przyznaję na koniec – może trochę się czepiam. Wczoraj opowiadałam o kwiatkach z mojej korespondencji zaprzyjaźnionej profesorce, kierowniczce katedry z UW, która po chwili zastanowienia odparła, że nie wie o co mi chodzi – sama dostaje stosy listów z prośbami typu „witam proszę mi…”, w tym jej ulubione: „piszę pracę na temat… proszę przysłać mi literaturę” – a jest ode mnie nieco starsza i bardziej utytułowana. Tyle, że ona te listy ignoruje (zwłaszcza te ulubione), a ja staram się jednak nie.

26 sty 2013

Dziekan też człowiek?

O pracach nad broszurą informacyjną dla studentów I semestru już pisałyśmy. Premiera szykuje się na pierwszą połowę lutego. Jednak już teraz ujawniamy kulisy. Okazało się bowiem, że jesteśmy dość szczególnym zespołem a wszystko za sprawą Maglowego „Kto jest kim”. Opierając się na standardowym szablonie, redakcja „Magla” przygotowała dla nas pytania, które miały posłużyć przedstawieniu naszych sylwetek w mniej formalny sposób aniżeli biogram czy CV. No i wyszło szydło z worka… 

Na początku sprawy prozaiczne – wszyscy jesteśmy po SGH, choć niektórzy mają dodatki w postaci innych uczelni. Dwoje z nas pochodzi z Warszawy, dwoje z terenów okołomazurskich, jest także reprezentantka przyszłej europejskiej stolicy kultury. Jesteśmy zespołem niezwykle aktywnym sportowo (narty, żeglarstwo, tenis, niektórzy nawet nurkują i szybują), intelektualnie (jak na pracowników nie tylko administracyjnych przystało – w wolnych chwilach również czytamy i blogujemy) i spirytystyczne (jedna osoba zajmuje się hobbistycznie czarnowidzeniem). 

Mamy wiele zalet i wad, choć niekiedy trudno jedne od drugich odróżnić: nieludzka dyscyplina, czepialstwo, drobiazgowość… nic tylko przychodzić do nas na dyżur. Z pozytywów należy wymienić m.in. konkretność, pracowitość, komunikatywność …i mocny żołądek. Dwoje z nas to osoby rodzinne – największym ich sukcesem jest właśnie rodzina, dwoje – to zadeklarowani egocentrycy: cieszą się, że mogą robić to, co chcą. Jest też jeden marzyciel, który uważa, że nastanie jeszcze czas jego sukcesu. 

Kontynuując wątek marzeń, tym razem niespełnionych – większość z nas podchodzi do nich realistycznie. Jedna osoba chce umieć latać, ale przecież wiadomo, że tak się nie da. Na tym tle marzenie o hodowli krów wydaje się znacznie bardziej realistyczne, zwłaszcza że w Polsce jest ich pod dostatkiem. Mamy też w zespole jednego szczęściarza, któremu marzenia właśnie się spełniają (czyli chyba marzył o tym, aby się nie nudzić) i dwóch niepoprawnych marzycieli w myśl łacińskiej maksymy dum spiro spero

Ciąg dalszy niespełnienia dotyczy wymarzonego zawodu z dzieciństwa. Tylko jedno z nas chciało być prodziekanem (zarazem jedna osoba być nim nie chciała – co za niefart!). W kategorii tej dominują zawody motoryzacyjne (kierowca wielkiego trucka, strażak, pilot, a nawet kosmonauta), choć zdarzają się i makabreski (anatomopatolog, w wersji skrajnej: lekarz sądowy). Jeden z członków naszego zespołu bardzo chciał być milionerem, ale najpierw była wymiana waluty i stracił do miliona cztery zera, a potem zaczął pracować na uczelni i na razie mu nie wyszło. 

Jeżeli macie problem z przyporządkowaniem poszczególnych elementów ankiety do danego (pro)dziekana, czekajcie cierpliwie na broszurę DSM (a w międzyczasie możecie głosować na nasz blog).

13 gru 2012

Choinka - żeby nie było, że Dziekanka tylko o regulaminie...


Negocjacje w sprawie udostępnienia zdjęć z dziekanatowej choinki były długie i mało owocne, ale jako osoba uzależniona od fotografii i tak postaram się, aby ten wpis stał się "fotopostem".

Choinka została zakupiona ze środków męża dziekanki, jako prezent mikołajowy ;-) (Żaden z przystojniaków na zdjęciu nie jest jednak owym mężem). Fundatorami i wykonawcami ozdób byli prawie wszyscy pracownicy dziekanatu. Autorami wypieków były chyba wszystkie Panie poza autorkami bloga, które charakteryzują się antytalentem cukierniczym i niekłamaną niechęcią do piekarnictwa. (Jako drapieżnik czuję się natomiast w pełni kompetentna w zakresie pieczystego ;-)

Ponieważ ciasta wzbudziły nasz szacunek, podziw i apetyt - należy im się fotka. Przyznacie chyba, że ptasie mleczko (czyli podstawowy składnik diety Halinek wg znanego portalu) wypada przy tym blado i nieatrakcyjnie ;-) 

Najważniejszym punktem wieczoru było  ubieranie choinki, czyli czynność zarezerwowana dla "dzieci dziekanatu". Sezon jest mocno grypowy, więc nie wszystkie do nas dotarły - ale i tak zrobiło się mocno rodzinnie, gwarno i niepoważnie. O to zresztą chodziło!

Dzieci nie czuły respektu ani przed dziekan(k)ami, ani Panią Kierownik (która zresztą mogła się nam pochwalić piękną córką i dwójką wnucząt). Zwiedziły cały dziekanat, nakruszyły, wypaćkały biurko dziekańskie farbkami do bombek - ale ostatecznie pięknie ubrały choinkę. Barierą nie do pokonania okazał się dopiero montaż gwiazdy na czubku choinki...








Musiał nas w tym wspomóc Autor Trzeci, czyli Rafał Osiński, który dołączył do dzieci zamiast do doktorantów :-) Mam nadzieję, że zdjęcie oddaje jego poczucie dumy z pomyślnego montażu gwiazdy!


O sesji zdjęciowej w fotelu dziekańskim była już mowa. Sporo czasu pochłonęło też fotografowanie dziekanatowej rodziny (nazwa w pełni zasadna - swoją prawdziwą rodzinę widuję 3-4 godziny na dobę - a w dziekanacie spędzam czasem 10 godzin!). Pierwsza przymiarka do zdjęć była dość nieśmiała i zza szafy.



Ostatecznie jednak fotografowały się wszystkie obecne na choince Panie, choć tylko niektóre Halinki pozwoliły zamieścić zdjęcia na blogu. Robię to z tym większą przyjemnością, że są to pracownice często wymieniane przez Was w korespondencji, jako szczególnie serdeczne, "pomocne i kochane" (to ostatnie określenie dotyczy Pani Kasi Kłopotowskiej, która właśnie (co widać na zdjęciu) otrzymała od jednej ze studentek kwiaty w dowód sympatii.

Moją największą udręką jest jednak Pani Beata Kluczna - wielka miłość studentów, która sprawy beznadziejne rozwiązuje następująco: "Pani Dziekan, no niech się Pani zlituje. Pani puści tego dzieciaka - ja go znam, on tak przychodzi i prosi... No jak ja mu powiem, że Pani go skreśla?". Albo "Pani Dziekan - wczoraj Pani tamtą studentkę puściła - to ta też niech ma!". W takich warunkach naprawdę trudno wczytać się w regulamin. Poza tym, jak "nie puszczę" studenta, to Pani Beatka mówi, że jestem zbyt surowa - albo strzela focha! Pani Beatce należą się podziękowania, bo jako pierwsza zdecydowała się wystąpić na blogu, twierdząc, że udźwignie jakoś ciężar sławy :-)



Najcieplejszą chyba osobowością dziekanatu jest Pani Helenka Stablewska. Aż trudno mi uwierzyć - a wierzyć muszę, bo mam dowody - że ta osoba jest w stanie zmusić studentów do terminowego złożenia pracy magisterskiej. Zapewne wielu z Was zna ją jako osobę zdecydowaną i nieustępliwą, ale to typowy romantyk, który z trudem przyjmuje rozwiązania administracyjne narzucane przeze mnie i bezlitośnie egzekwowane.



Nie mogę pominąć sesji zdjęciowej obu prodziekanek. Jedna z nich swego czasu została zagadnięta przez studenta, "w którym okienku przyjmuje". Potraktowała rzecz z uśmiechem, bo (wyjaśniała to już na FB) jej ego ściga się z humorem. Ale w ramach ćwiczenia pokory obie "pro" pozwoliły się zdjąć w okienku nr 5, użyczonym na tę okazję przez Panią Kasię Kłopotowską.

"Choinka" z naszymi Halinkami nie trwała długo - zaczęła się o 15.00 kiedy wszyscy byli już zmęczeni całym dniem pracy i w dodatku w piątek, kiedy myślami każdy zaczyna już wknd. Ale dziekańska służba-nie drużba - o 17.00 mieli nas odwiedzić kolejni goście - studenci i doktoranci współpracujący od września z nami, okazujący nam niesłychane wsparcie organizacyjne i psychiczne. Niektórzy z nich zajmują się tłumaczeniem tekstów dla studentów anglojęzycznych, inni mają technicznie wesprzeć nas przy renowacji strony www, "Magiel" cierpliwie pomaga popularyzować nasz blog, a prawnicy szukają wraz z nami możliwości poprawy losu studentów, poprzez wyszukiwanie dziur w regulaminie ;-) Nie wszyscy mogli przyjść, nie wszyscy zostali do końca (czyli do wspólnego zdjęcia) - ale celem tego spotkania było nie tyle składanie sobie życzeń (do świąt wszak jeszcze sporo czasu), co raczej intensywny networking. Ludzie, którzy gotowi są pracować razem pro publico bono powinni się znać, bo jak sądzę zawsze będą mogli liczyć na swoją wzajemną pomoc.

Takie są moje dla nich życzenia świąteczne!






11 gru 2012

Czy dziekan straszy?

Franek, być może przyszły dziekan
Na choinkową relację przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Na razie materiał fotograficzny obejrzeli wolontariusze i pracownicy Dziekanatu. Zanim jednak o Choince przejdźmy do… fotela. Wiem, że część czytelników zna mnie jako autorkę postów meblarskich, ale tym razem rzecz o szczególnym, można by rzec najważniejszym meblu w całym dziekanacie: o fotelu Dziekan(ki) Kachniewskiej. Najpierw jednak dwa słowa wyjaśnienia. 

Po pierwsze, Dziekan(ka) Kachniewska bardzo lubi robić zdjęcia. Chyba nawet nie tylko z tego powodu, że robiąc je, sama pozostaje poza obiektywem. I tak, część zdjęć została zrobiona spontanicznie, a część była pozowana (jest jeszcze mikroczęść mniej profesjonalna – kiedy udawało mi się wyrwać Dziekan(ce) aparat, narażając się na posądzenie o pracowniczą niesubordynację). Zdjęcia w fotelu dziekańskim należały niewątpliwie do części pozowanej. Jednak były pozowane bez musu, a nawet z zaangażowaniem i przyjemnością. 

I teraz po drugie – uchylmy rąbka tajemnicy: w choinkowej imprezie wzięły udział dziekanatowe dzieci. Miały bardzo ważne zadanie, gdyż ubierały naszą choinkę. Dzieci przybyło siedmioro – jedno, już dawno pełnoletnie – przyprowadziło ze sobą dwójkę własnych dzieci (pisząc prościej: przyszły też wnuczęta). Dziekan(ka) Kachniewska zaproponowała im nie lada sesję fotograficzną: w fotelu dziekańskim. 

Fotel jak fotel. Czarny, z bodaj brązowymi poręczami i na kółkach. Biurko jak biurko – z odzysku z gmachu F. A jednak sam fakt, że jest to miejsce pracy Dziekan(ki) SGH sprawił, że wszystkie dzieci ochoczo ustawiły się w kolejce do zdjęcia. Każde dumnie wskakiwało na fotel, a następnie robiło najbardziej srogą i poważną minę, jaką się tylko dało. Kilka raz prawie pękł obiektyw. Pytanie, być może retoryczne, brzmi – czy Dziekan jest straszny?

10 gru 2012

Dziekanka i antydziekan

Zabawy językoznawcze osiągnęły punkt kulminacyjny. O zdanie w sprawie wyższości dziekany nad dziekanką (bądź odwrotnie) zapytałam prof. dr hab. Jerzego Bralczyka, wiceprzewodniczącego Rady Języka Polskiego. Z naszej blogowej perspektywy istotne wydaje się również to, że prof. Bralczyk jest również blogerem (choć prowadzi wideoblog, a nie taki zwyczajny jak nasz). 

Jak na razie ukuty przez Dziekan(kę) Kachniewską neologizm nie ma szans na szersze przyjęcie się w polszczyźnie (mimo argumentacji genderowej i zgodnie ze wcześniejszą linią obrony językoznawców), nawet jeżeli zadomowiło się w części DSM. Według prof. Bralczyka,
„Dziekanka” brzmi niepoważnie, przy tym kojarzy się z pewnym miejscem w Warszawie. U nas mówiło się wprawdzie „dziekanica”, ale trudno to doradzać, bo zdecydowanie pejoratywne. Oczywiście najlepsze to "Pani Dziekan" i tyle. W społeczności akademickiej naruszanie tradycji jest szczególnie ryzykowne... 
Znacznie bardziej niż dywagacje nad dziekaną i dziekanką zainteresowało prof. Bralczyka to, czy – skoro mamy w dziekanacie prodziekanów – nie znalazłby się także antydziekan. Może i do tego etapu kiedyś dojdziemy. 

PS: Ciekawe, że niektórzy wykładowcy określani są jako prostudenccy, za to chyba słowo „antystudencki” nie funkcjonuje (?). 

PPS: W rozważaniach nad przedrostkami pro- i anty- interesująca jest „teza”. Z dodatkami znaczy bowiem nie odwrotność, ale coś zupełnie różnego (proteza vs. antyteza).

8 gru 2012

Maglowania (pro)dziekan(ek) c.d.

Poświęcono nam i w tym numerze "Magla" dwie strony, ale skoro rozpisywałam się o naszym wywiadzie w listopadzie, teraz tylko wzmiankuję.

O ile w listopadzie mówiłyśmy głównie o blogu, tym razem jest trochę bardziej o podłużnym, dwupoziomowym (nie wiem, czy wiecie, że mamy antresolę z zagnieżdżoną mini-kuchnią, która - jak to stwierdził jeden z doktorantów na wczorajszej Choince - przetrzyma nawet nadchodzący w grudniu koniec świata) pomieszczeniu mieszczącym się w gmachu G za drzwiami nr 47.

Jest zatem o bieżącej pracy Dziekanatu, o studenckich podaniach (ale krócej niż na blogu), a także o tym, w jaki sposób stałyśmy się urzędniczkami uczelnianymi (po dziś dzień niektórzy uważają, że sama się zgłosiłam do tej funkcji w ramach dbania o rozwój kariery zawodowej. Natomiast faktem jest, że poznałam prof. Magdalenę Kachniewską, dopiero gdy została Dziekanem (Dziekanką została później ;)), a zobaczyłyśmy się chyba dopiero po głosowaniu na prodziekanów). 

Tyle wspominek. Zapraszamy do lektury online (s. 8-9). Wersja papierowa od 2 dni krąży po Uczelni (i DSM).

PS (od Magdalena Kachniewska): Faktycznie zobaczyłyśmy się własnoocznie tuż przed albo tuż po głosowaniu, czyli w pewnym sensie wzięłam "prodziekankę w worku". Jeszcze bardziej "w worku" brałam drugą "pro" - czyli dr Dorotę Podedworną-Tarnowską, która przebywała wtedy na projekcie w USA (jedyną rozmowę odbyłyśmy na Skype o 5 rano).

A jednak w obu przypadkach zrobiłam to bez większego wahania, bo najpierw zlustrowałam obie Panie w necie. Informacja, o czym i jak często ludzie piszą, czym się mogą pochwalić i jakich mają czytelników dużo mówi o ich zdolnościach i predyspozycjach do różnych zadań (albo o tym, że są puści i należy ich omijać szerokim łukiem). W każdym razie nigdy nie zawiodłam się na sieciach społecznościowych, jako źródle informacji o potencjalnych (współ)pracownikach.

Jak jest wyjątkowo dużo pracy, to przynajmniej myślę sobie, że mam świetny skład prodziekański!

7 gru 2012

O żeńskich końcówkach

fot. Jan Bajtlik
W rozważaniach językoznawczych wkraczamy na grząski, genderowy grunt. To znaczy dla mnie grząski, bo z racji zainteresowań naukowych, dosyć często wypowiadam się na temat kobiety w islamie, a ostatnio zainicjowałam (i sfinalizowałam) publikację zbiorową o queerach w świecie islamu. Z feministkami się znam, chadzam na imprezy, ba - jedna jest moją przełożoną - ale ponoć mam niedorozwinięty zmysł feministyczny. Mimo to postaram się zrekapitulować ciąg dalszy dyskusji o dziekance i dziekanie.

Oba głosy, które przedstawię, są zdecydowanie za żeńską końcówką. Problem pojawia się tylko w jej wyborze. Jak twierdzi prof. dr hab. Joanna Mizielińska z Instytutu Socjologii SWPS, słowo "dziekanka" dotyczy jednak przede wszystkim urlopu. Co więcej, nie lubi
tworzenia zawodów żeńskich przez dodanie -ka, bo to jest zdrabniające i niewykluczone, że same kobiety tego nie lubią przez to; zaś filozofa, magistra, doktora, to zupełnie co innego.
Wracamy zatem do opcji dziekana, przytaczanej zresztą jako dopuszczalna przez dr. Klimiuka (choć w tym wypadku działały, myślę, raczej pobudki lingwistyczne, a nie psychologiczne). Prawdziwą jednak burzę rozpętał mgr Jacek Duda stwierdzeniem, że przyrostek -ka jest deprecjonujący. Doczekał się sążnistej polemiki od Agaty Kowalskiej - dziennikarki i wydawczyni w Radiu TOK FM:
Ależ skąd! To takie stwierdzenia nas deprecjonują – powinny zakrzyknąć Norweżki, przedszkolanki i tancerki, piekarki, traktorzystki, programistki, maszynistki i opozycjonistki. I studentki! I dziekanki! [i Kaśki! – przyp. KGS]
Niestety, pan mgr Duda ma nieco racji: tyle że nie w warstwie językowej problemu, ale w warstwie społecznej. W dyskusjach o nazwach zawodów żeńskie końcówki określane są jako „niepoważne”, „dziwaczne”, „dziecinne” itd, itd. Pytanie brzmi, czy to wina nieszczęsnego przyrostka, czy też postrzegania kobiet. Zwłaszcza kobiet, które weszły do zawodów i objęły stanowiska tradycyjnie przypisane mężczyznom.
To -ka w słowie dziekanka, psycholożka, socjolożka i biolożka przypomina o obecności kobiet w życiu naukowym, społecznym i publicznym. To -ka jest ważne jak parytety, prawa wyborcze i ustawy antydykryminacyjne. To -ka jest częścią procesu emancypacji kobiet pozwalającego im na równych prawach korzystać z edukacji, władzy i życia społecznego, z życia poza domem. 
Zarówno prof. Mizielińska, jak i red. Kowalska odnoszą się do zmian w języku. To, co obecnie brzmi sztucznie, być może niedługo stanie się normą. Co więcej, część żeńskich końcówek na stałe zagościła w naszym języku wraz z pojawieniem się kobiet – socjolożek, lekarek, profesorek – na uniwersytetach. Kto wie – może zatem niedługo kolej na dziekany, albo dziekanki? Jeżeli przyjęłaby się ta druga opcja to SGH niewątpliwie dzierżyłaby palmę pierwszeństwa.

6 gru 2012

Środa

Źródło: motdemot.pl
Środa tradycyjnie jest niełatwym dniem na uczelni. Wykładowcy kpią sobie, że to jedyny dzień pracy między wkndami. Trudno się z tym nie zgodzić: poza posiedzeniami Senatu, kolegiami rektorskimi, radami naukowymi i zebraniami katedr, wielu pracowników stara się umieścić w środy zajęcia i konsultacje. Nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, że co tydzień mam sporo zapytań o możliwość ustalenia spotkania na ten właśnie dzień. Staram się sprostać tym oczekiwaniom - ale jeśli tylko istnieje taka możliwość, to serdecznie proszę Kolegów i Koleżanki o przerwanie wkndu i zaglądanie do mnie w poniedziałek lub piątek ;-)

Ponieważ wczoraj była środa - odbyłam 11 spotkań z wykładowcami, którzy "kategorycznie odmawiają prowadzenia zajęć w semestrze letnim, a już w szczególności w soboty i niedziele" (to cytat z jednego z podań, ale wątek ten stanowi leitmotif wielu podań i e-maili). Niektórzy po pierwszym "mocnym wejściu" podsuwali jednak pomysły rozwiązania problemu. W innych przypadkach nie udało się rozwiązać "kwadratury koła", ale przynajmniej znam problem zawczasu i nie dowiaduję się dopiero od studentów, że nie odbywają się zajęcia, na które zostali zapisani.

Długo rozmawiałam też wczoraj z przedstawicielami władz Samorządu Studentów: Przewodniczącym Michałem Lubasiem i Przew. Komisji Jakości Bernardem Maciulewiczem. To było ważne spotkanie, bo uważam (i zamierzam mocno o to zabiegać), że Samorząd powinien stanowić główny kanał komunikacji między studentami i władzami akademickimi. Wiele spraw, o które zabiegam u Prorektora ds Dydaktyki, znajdowałoby szybszy i korzystniejszy dla studentów finał, gdybym miała silne poparcie studentów (np. sprawa opłat za II kierunek, liczba darmowych ECTS dla studentów sb-nd itd.). Różnych spraw pojawiło się mnóstwo: od sytuacji studentów sb-nd, poprzez codzienne uciążliwości funkcjonowania społeczności studenckiej, po jakość studiowania w SGH. 

W tej ostatniej kwestii moje pytania i propozycje odzwierciedlały zawartość e-maili, jakie otrzymuję prawie każdego dnia od studentów. Często pytacie w nich, dlaczego Wasze opinie (ankiety) nt. wykładów nie mają żadnego przełożenia na ich jakość. Myślę, że powody są dwa. Po pierwsze skala zwrotu tych ankiet jest nikła (ok. 5%). Po drugie: konstrukcja tych ankiet moim zdaniem nie odpowiada tym elementom oceny, które są ważne z perspektywy studenta/słuchacza. 

Ponieważ jestem związana z branżą turystyczną i uważam, że jedyny sensowny system ocen i tym samym wsparcia w procesie podejmowania decyzji, to porządne forum, wzorowane może trochę na TripAdvisor, na którym pojawią się Wasze opinie, dostępne wszystkim studentom, zawierające oceny i opisy w podziale na różne kategorie (merytoryczne aspekty wykładu, umiejętności dydaktyczne, atrakcyjność stosowanych narzędzi, zasady zaliczenia, dostępność materiałów wspomagających wykład i dostępność samego wykładowcy, w tym punktualność, terminy konsultacji, częstotliwość przeglądania skrzynki e-mail etc.). 

Oczywiście kategorie można zdefiniować różnorodnie, ale "na szybko" ten zestaw wydaje mi się dość pomocny. Ja poddałabym ocenie także terminowość składania protokołów, tempo sprawdzania prac zaliczeniowych/dyplomowych itp. Ten ostatni wątek przypomina mi o prośbach absolwentów (oni także czytują naszego bloga), którzy podnoszą problem współpracy z promotorami. Gdyby Samorząd pokusił się o utworzenie rozbudowanego systemu ocen nauczycieli akademickich, ważnym wątkiem powinna być ocena współpracy z promotorami. O tym, że jest to trapiący Was problem, przekonałam się już wielokrotnie (kiedyś nawet pisałam na ten temat na blogu dla studentów).

Przedstawiciele Samorządu zapewniali mnie, że prace nad takim forum są już bardzo zaawansowane - uważam, że to ważna informacja także dla samych wykładowców. W każdym razie Ci bardziej ambitni docenią forum, jako narzędzie doskonalenia własnej oferty i relacji ze studentami. Jak tylko forum będzie gotowe - dam znać także w ramach naszego bloga.

Mniej optymistycznie zabrzmiała ocena Zielonej Linii (link po prawej na boczku bloga) - podobno narzędzie to nie cieszy się jeszcze tak dużym wzięciem studentów, jak bym sobie życzyła. Piszę "sobie", bo dopóki nie korzystacie z Zielonej Linii - korzystacie z mojej skrzynki (rekord to 214 maili w ciągu jednego wkndu!). Samorząd zamierza podjąć działania popularyzujące korzystanie z ZL - a ja zamierzam ich w tym wspomagać, bo inaczej zginę zawalona e-pocztą. I co mi napiszą na nagrobku? Odeszła na wieczny dyżur w dziekanacie? Brrr... Wolę jednak wieczną wachtę na DM.

Dziękuję Panu Michałowi i Panu Bernardowi za spotkanie i niech Moc będzie z Wami :-)

3 gru 2012

Dziekanka, dziekana...

fot. women power
Błogosławieństwem (przekleństwem?) języka polskiego jest bogactwo składni. Ot, proste zdanie „Samochód wyprzedził tramwaj” może być rozumiane na dwa zasadniczo odmienne sposoby. Nie inaczej z tytułem niniejszego wpisu, choć sprawę zdaje się ratować przecinek. Bez niego byłaby dziekanka (urlop) wydana przez dziekana, albo dziekanka, na którą udał się sam dziekan. 

Czytelnicy tego bloga wiedzą jednak, że słowo „dziekanka” ma jeszcze jedno znaczenie i odnosi się do Dziekan Studium Magisterskiego. W tym kontekście przecinek wydaje się jeszcze bardziej niezbędny. 

No dobrze. A co ze słowem „dziekana”? Otóż pojawiło się jako kontrpropozycja dla „dziekanki”. Aby urozmaicić blog, ale także ze względu na własne braki językoznawcze, zaprosiłam do skomentowania tej kwestii mądrzejszych od siebie.

Zacznijmy od rozważań językoznawczych. Według dr. Macieja Klimiuka z Katedry Arabistyki i Islamistyki UW słowo dziekan jest dwurodzajowe, a przypisywanie mu wyłącznie rodzaju męskiego jest błędne. Zastanawiam się, skąd dominacja rodzaju męskiego. W końcu w SGH jest 12 (pro)dziekanów i 7 (pro)dziekan, czyli tylko 2,5 brakuje do pełnego parytetu. 

Jeżeli dr Klimiuk miałby wybierać, to 
formę żeńską od słowa „dziekan” powinniśmy utworzyć za pomocą sufiksa -a, a nie (…) z sufiksem -ka, gdyż wyraz „dziekanka” funkcjonuje już w języku polskim w innym znaczeniu i wprowadza niepotrzebne zamieszanie. Natomiast wyraz „dziekana” jest w pełni uzasadniony, tworzony analogicznie jak imię żeńskie „Romana” od „Roman”. 
Mniej przejednany jest mgr Jacek Dudablogujący doktorant w Instytucie Slawistyki UW. Według niego słowo „dziekan” w ogóle nie powinno być używane w formie żeńskiej „jako że nie ma przyrostka, który byłby odpowiedni. -ka jest deprecjonujące, -ica z kolei nacechowuje negatywnie stylistycznie”. Muszę przyznać, że nigdy nie myślałam w ten sposób w kontekście słowa „Kaśka”, a i mam nadzieję, że nie pomyśli tak bohaterka postu Lwica u wrót dziekanatu

Mgr Duda przeciwny jest także formie „dziekana”, tym razem z pobudek akustycznych, gdyż „brzmi mi ona jak przesuwanie paznokciem po styropianie/szybie”. Ech, gdyby był wiedział, że promotor jego pracy magisterskiej w SGH stanie się Dziekanką… 

Kolejne głosy w zabawie trochę językoznawczej, a trochę genderowej, ale przede wszystkim naszej – blogowej – już wkrótce!

2 gru 2012

Okolicznościowa garść statystyk – listopad 2012

statystyki wejść podczas urban legend

Druga strona okienka funkcjonuje już dwa miesiące. Czas więc na comiesięczne podsumowanie. W listopadzie opublikowaliśmy ponad dwukrotnie mniej postów w porównaniu do października (21 do 56), choć przybył nam jeden autor. Wynika to trochę z lekkiego zwolnienia tempa pracy (nie wiem, jak Dziekan(ka), ale ja nie zaczynam każdego dnia o 5:20 i nie kończę dyżurów po 2 godzinach, a prawie o czasie), a trochę z cyklu życia samego bloga. Mimo to, nadal często nas odwiedzacie – w listopadzie byliście tu 20,5 tys. razy. 

W porównaniu do października zmieniły się Wasze czytelnicze preferencje. Interesują Was już nie tylko kwestie praktyczne, ale i wpisy bardziej subiektywne, wyrażające nasze zdanie w sprawach okołouczelnianych. Do pierwszej kategorii zalicza się Nowy system deklaracji semestralnych (1959 odsłon) oraz Oświadczenia dla maruderów (czyli po raz n+1 1313 odsłon) + Oświadczenia dla opornych (n+2 641 razy, http://takdladsm.blogspot.com/2012/10/oswiadczenia-dla-opornych.html). Do kategorii drugiej Polowanie na „wiedzę” (czyli afera chomikowa, 934 odsłony) oraz Wybory (z okazji wyborów do SS, 552 odsłony). Innymi słowy najbardziej interesowały Was w tym miesiącu deklaracje semestralne, dziekanatowa urban legend oraz – nieprzerwanie – system oświadczeń. Ponadto znacznie częściej zaglądaliście na stronę Dziekan(ki) Kachniewskiej (424 razy) niż moją (381 razy). 

Nadal najczęściej odwiedzacie nas z Facebooka (ponad 2,5 tys. wejść z adresów URL z odwołaniami + ponad 4 tys. z witryn z odwołaniami) oraz jej podstron. Drugie miejsce przypada stronie DSM na serwerze SGH (ponad 1,5 tys.), a trzecie dla Googla (ponad 700). W pierwszej dziesiątce witryn z odwołaniami znalazł się także Twitter, witryna krzak oraz gościnnie strona Uniwersytetu Wileńskiego. Więcej niż poprzednio osób szuka naszego bloga po sieci – około 200 razy wpisano słowa klucze takie jak „tak dla dsm”, czy „blog dsm”. 

Mamy także rosnące grono stałych czytelników spoza SGH. Nawet jeżeli statystyki nie są w stanie tego uchwycić. W tym miejscu pozdrawiam stałych czytelników z warszawskiej arabistyki i spoza!

25 lis 2012

Dalej odsłaniamy kulisy

Wróble ćwierkają, że najwyższa pora zaprezentować kolejną osobę, która aktywnie uczestniczy w pracach Dziekanatu! A zatem, do dzieła. Kolej na Anię Parę.

Ania wśród współpracowników DSM pojawiła się, podobnie jak Kasia, dzięki Pani Dziekan prof. Magdalenie Kachniewskiej. Znajomość rozpoczęła się jeszcze na etapie pisania pracy licencjackiej i magisterskiej przez Anię, które to prace promowała obecna Pani Dziekan.

Zakres obowiązków, które wypełnia Ania w ramach współpracy z Dziekanatem Studium Magisterskiego jest szczególnie bliski studentom i bardzo dla nich istotny. Zajmuje się ona mianowicie opracowywaniem bazy FAQ oraz monitoruje grupy i fora internetowe, by znaleźć te zagadnienia, które najbardziej nurtują studiujących na naszej uczelni. Dodatkowo to właśnie Ania odpowiada na zgłoszenia, które trafiają na skrzynkę mailową. Zatem to dzięki niej wiele problemów udaje się wyjaśnić, choć czasem naprawdę nie jest to proste.

Na co dzień obok doktoratu Ania pracuje w przedsiębiorstwie zajmującym się wprowadzaniem zagranicznych przedsiębiorstw na rynek polski i polskich firm na rynki zagraniczne. Wcześniej pracowała w obszarze turystyki i hotelarstwa zajmując się między innymi social media marketingiem oraz poszukiwaniem partnerów hotelowych do współpracy w ramach franczyzy. Jej plany na przyszłość to powrót do pracy w tym obszarze.

Ania jest zapaloną sportsmanką i w czasie wolnym lubi w szczególności jeździć na rowerze. Uwielbia wyprawy rowerowe między innymi w góry, ale nie tylko. Dodatkowo bierze udział w biegach długodystansowych. Udało się już jej pokonać półmaraton, zaś kolejny cel to przebiegnięcie całego maratonu. Do tych aktywności dochodzi pływanie. Plan na przyszłość to zawody triathlonowe. Jakby tego było mało, Ania to też podróżniczka.

Jak radzi sobie z takim nawałem zadań obowiązków? Klucz do sukcesu to efektywne gospodarowanie czasem. Dobry plan i motywacja i pasja pomagają naprawdę wiele zdziałać. Pozazdrościć!

21 lis 2012

Do szewca po bułki?

Mój Tata mawiał, że do szewca się chodzi po buty, a do piekarza po bułki. Dzisiejszy dyżur (jak i kilka poprzednich) utwierdził mnie w przekonaniu, że niektórzy studenci chcieliby kupować buty u piekarza. Tylko dzisiaj przybył do mnie student, który chciał omówić ze mną sprawę, rozpatrzoną już przez moją Szefową. Znalazł się także taki, który wierzył, że jestem w stanie zrobić "coś" z decyzją Prorektora. I do tego kilku, których sprawy można było rozpatrzeć na poziomie okienka...

Wspominana na łamach niniejszego bloga p. Katarzyna Zając stworzyła diagram procesu decyzyjnego, który lada dzień zawiśnie na jednej z wewnętrznych ścian dziekanatu. Na łamach bloga wykorzystam go i trochę rozbuduję - werbalnie, rzecz jasna, bo graficznie nie ma jak. A więc: jeżeli mają Państwo jakąś sprawę:
  1. Proszę sprawdzić, czy rozwiązania nie ma w jednym z ogólnodostępnych miejsc informacji. A jest ich kilka: a) wielokrotnie przytaczany tu Regulamin, ale także b) FAQ i inne zasoby strony DSM, c) ten blog, a dla bardziej dociekliwych - uchwały Senatu i zarządzenia Rektora (by wymienić tylko dwie zakładki działu Dokumenty).
  2. Jeżeli nie znajdą Państwo rozwiązania, proszę udać się do swojego Asystenta toku, czyli do okienka. Panie najlepiej znają Was i Wasze sprawy. Często zresztą korzystamy z ich wiedzy chociażby po to, aby ustalić historię danego studenta.
  3. Jeżeli to nie zadziała, zapraszamy na dyżur prodziekański - staramy się na nich rozwiązywać nietypowe przypadki (choć niemal każdy student uważa, że jego przypadek jest szczególny - nawet te z kategorii 1 i 2). Każdy z nas zajmuje się określoną kategorią studentów. Polecam to zwłaszcza uwadze studentom wyjeżdżającym albo powracającym z wymiany - te sprawy najlepiej omawiać z Dziekan Podedworną-Tarnowską.
  4. Jeżeli nam się nie uda, można się zwrócić do Dziekanki, zapisując się wcześniej na dyżur. Dziekan Kachniewska rozpatruje ponadto przypadki krytyczne, czyli takie, w których my nie mamy (na szczęście!) mocy sprawczej, w tym skreślenia i wznowienia. Jeżeli ktoś się takiego doigrał - najlepiej ominąć pkt 3.
  5. Kolejny krok to podanie do Prorektora ds. dydaktyki i studentów. Można je złożyć w przypadku odwołania od decyzji z pkt 4, albo w sprawach finansowych. Uwaga - Dziekanat nie ma żadnych kompetencji, jeżeli chodzi o sprawy finansowe. Stąd podania o anulowanie opłaty, rozłożenie na raty czesnego etc., są automatycznie przekazywane zgodnie z właściwością. Tym niemniej podania te należy składać u nas.
  6. Ostatni krok, jaki mogą Państwo wykonać na Uczelni, jeżeli nie zgadzają się Państwo z decyzją z pkt 5., to odwołanie się do Jego Magnificencji Rektora SGH
A co dalej? Dalej zostaje już chyba tylko Sąd. Oczywiście równie dobrze można się po prostu pogodzić z negatywną decyzją i nie przekraczać punktu 6 (a nawet 1-5!). Ale może być też tak, że sprawa zostanie załatwiona po myśli studenta. Statystycznie rzecz ujmując, często tak się właśnie dzieje.

12 lis 2012

Znowu nie o blogu w radiowej Czwórce

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nasz dziekanatowy blog jest albo nieciekawy, albo mało oryginalny. Już drugi raz z rzędu w radiu była audycja z udziałem Dziekan(ki) Kachniewskiej i moim, która docelowo (tj. w naszym skromnym mniemaniu) miała być o blogu, a była...

Może nie będę zdradzać wszystkich szczegółów. Można ją natomiast  odsłuchać:
Czwórkowa audycja ma charakter egalitarny, a zarazem biurokratyczny. Egalitarny, gdyż utożsamia nas - (pro)dziekan(ki) - z paniami z dziekanatu. W zasadzie jest to słuszne, bo i płeć się zgadza i miejsce pracy. Biurokratyczny, bo cała audycja dotyczy urzędników. Przedmiotem dyskusji jest jedynie to, w jakim stopniu mają oni wykształcony pierwiastek ludzki...