Podróże niewątpliwie kształcą, o czym świadczy rosnące zainteresowanie studentów wyjazdami zagranicznymi. Większość decyduje się na tę czy inną formę Erasmusa, nieliczni idą o krok dalej wybierając opcję tzw. free mover. Sformułowanie „krok dalej” może być w tym kontekście rozumiane na dwa sposoby – krok dalej = poza standardową ofertę, ale i krok dalej = ku większym problemom natury administracyjnej.
W ramach „free mover” student wyjeżdża na uczelnię zagraniczną we własnym zakresie i na własne ryzyko. My kierujemy go na wyjazd na podstawie Learning Agreement, gdzie wpisane są przedmioty, jakie student zamierza realizować. I dobrze. Problem pojawia się na poziomie uczelni zagranicznej, która niekoniecznie musi się w tej dokumentacji odnaleźć. Nie wiążą jej przecież żadne zobowiązania – ani umowa bilateralna, ani porozumienia erasmusowe. Uczelnia może zatem LA podpisać, ale nie musi.
I teraz co dalej? Student z uczelni zagranicznej dostaje jakąś formę zaświadczenia, że studiował. LA podpisać nie musi, a czasami wręcz nie chce. W jednym z przypadków, z jakimi się teraz zmagamy student przyniósł z uczelni zagranicznej wydruk w PDF. Jak na tej podstawie go rozliczyć?
W standardowej procedurze po zrealizowanym stypendium zagranicznym student otrzymuje Transcript of Records (zwany popularnie ToRem). Na podstawie tego dokumentu, wystawionego przez uczelnię zagraniczną i podpisaną przez lokalnego Koordynatora, pracownik Działu Programów Międzynarodowych dokonuje wstępnego rozliczenia. Sprawdza zgodność przedmiotów na ToRze z deklaracją, przepisuje punkty ECTS (luba zamienia punkty kredytowe na ECTS), przepisuje oceny na skalę ocen obowiązująca w SGH. Takie rozliczenie trafia do Dziekanatu i przechodzi dalszą drogę, której końcem jest wpisanie wyników kształcenia osiągniętych za granicą do wirtualnego dziekanatu.
Jeśli jednak uczelnia przyjmująca naszego free movera nie zechce wystawić oficjalnego ToRu, a poleca studentowi wydrukować sobie oceny z ichniego WD, albo odmawia podpisu wystawionego (w bólach) zaświadczenia, wówczas Dział Programów a następnie Dziekanat mają związane ręce. I nie chodzi tu o brak zaufania do studenta – dokumenty po wyjeździe muszą spełniać minimum wymogów administracyjnych, w tym posiadać podpis i pieczęć osoby go wystawiającej. W ten sposób znajdujemy się w impasie – uczelnia przyjmująca twierdzi, że poszła na tak dalekie ustępstwa (wystawiając niepodpisany ToR), że już nic więcej dla studenta zrobić nie może, administracja SGH nie przyjmuje rozliczenia, które nie spełnia wspomnianych wymogów, a student oczekuje zamknięcia semestru oraz wpisania do WD efektów ciężkiej pracy, za którą dodatkowo zapłacił z własnych środków.
Czy w związku z tym odradzamy wyjazdy free moverom? Oczywiście nie. Prosimy tylko, aby we własnym interesie i dla spokoju ducha (a właściwie wielu duchów, bo i naszych i DPM), studenci dmuchali na zimne i wybierali uczelnie, które program free mover znają i stosują. Takie, które wystawią niezbędne zaświadczenia lub (idealnie) podpiszą przywieziony Learning Agreement. Nie jest to nota bene niczym niezwykłym – SGH również przyjmuje studentów-free moverów. Nikt nie odmawia im podpisu na LA, które obowiązuje w kraju, z którego student przyjechał. Jeśli nie da się tych informacji uzyskać samodzielnie, zawsze można zwrócić się o pomoc do pracowników Działu Programów Międzynarodowych. Ale przed wyjazdem, a nie po powrocie z nieważnym kwitkiem.
Współautor: dr Magda Szybiak
