Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyplom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyplom. Pokaż wszystkie posty

30 paź 2013

Uszy zostają, czyli nowe dyplomy i stare zdjęcia

Studentów, którzy jeszcze się nie obronili, albo już się obronili, ale jeszcze nie mają dyplomów, czeka niespodzianka (chyba że ktoś jest na bieżąco z zarządzeniami). Pod koniec września weszło w życie Zarządzenie Rektora nr 38 z 12.06.2013 r. określające m.in. formę graficzną nowych dyplomów. W związku z tym mamy dwa komunikaty: dobry i jeszcze nie do końca dobry.

Ten drugi dotyczy tego, że wszystko co nowe wymaga przygotowań, a Dziekanat SM relatywnie późno stał się właścicielem części tego procesu. Przygotowania do druku są finalizowane, ale jeszcze nie możemy pochwalić się odbiciem pierwszej pieczęci na nowym druku. Dzisiaj wreszcie został zainstalowany program do obsługi nowego szablonu, jutro odbędzie się szkolenie, w jaki sposób przygotowywać dane do wygenerowania na dyplomie. 

Dobra wiadomość wiąże się ze zdjęciami. Przypominam, że nowe Zarządzenie zmieniło ich rozmiar na mniejszy (35 x 45 mm). Żółta lampka może się zapalić w głowach tych osób, które złożyły komplet dokumentów z większymi zdjęciami. Część z nich pewnie nie zapoznała się z treścią ZR, ale inni mogli byli zakładać, że obronią się przed 28 września. Biorąc pod uwagę skalę problemu i brak przepisów przejściowych, zdecydowaliśmy się wystąpić o zgodę na umieszczanie na dyplomach większych zdjęć, w przypadku studentów, którzy złożyli dokumenty do 30 października 2013 r. Dzisiaj stosowne Zarządzenie Rektora nr 68 zmieniające w tym zakresie poprzednie ZR zostało podpisane i weszło w życie.  
 
A zatem bez obaw – nikomu nie będziemy obcinać uszu, ani nakazywać przynoszenia kolejnego kompletu zdjęć (te większe, obecnie złożone, byłyby chyba zresztą mało przydatne ze względu na swoją ponadwymiarowość). 
 
I PS od Pani Kierownik Dziekanatu, mgr Barbary Kraszewskiej: nowe zdjęcia obowiązują studentów studiów dwustopniowych. Absolwenci studiów jednolitych, którzy nie otrzymali jeszcze dyplomu (są tacy, a opóźnienie bynajmniej nie wynika z winy DSM) dostarczają zdjęcia w starym (większym) formacie.

16 kwi 2013

Pięćdziesiąt pięć po dwunastej...

Praca w Dziekanacie daje wprost nieograniczone  możliwości testowania i ćwiczenia własnej cierpliwości. Czasem zdumiewa mnie, jak daleko jestem w stanie przesuwać granicę między tym, co akceptowalne i tym, co nie do pomyślenia.

Jako osoba chora na terminowość i punktualność, miotam się między nieudolnymi próbami zrozumienia i wyrozumiałości a przeświadczeniem, że zadaniem Uczelni jest coś więcej, aniżeli tylko masowa produkcja ludzi ze stempelkiem "magister" na czole. Bycie człowiekiem wykształconym to w mojej opinii także kwestia pewnego szczególnego podejścia do świata, własnych obowiązków i przyjemności. A jako pracodawca oraz członek komisji rekrutacyjnych w różnych firmach, zdaję sobie sprawę, jak różnorodne cechy i kompetencje decydują o wartości pracownika na rynku pracy. Czasami odsuwając nawet na bok formalne wykształcenie.

Zżymam się, kiedy studenci spóźniają się na wykład, na który jakimś cudem ja mogę dotrzeć punktualnie, trudno mi zaakceptować (mimo 20 lat spędzonych w SGH), że prace zaliczeniowe wpływają w przeddzień egzaminu (student sam sobie odbiera szansę na poprawę ewentualnych niedoróbek) i gotuję się wewnętrznie obserwując, jak często złożone i wymagające przemyślenia działania podejmowane są za pięć dwunasta, co musi odbywać się kosztem jakości... Z perspektywy Dziekanatu widzę, że podobne frustracje przeżywają niektórzy wykładowcy - trochę mi lżej, że nie jestem kompletnym odmieńcem.

Kilkanaście podań złożonych w ostatnich dniach sprawiło jednak, że okopałam się i zaprzestałam dalszych wysiłków w kierunku "trzeba dzieciaki zrozumieć". Poszło o zapisy na przedmioty. Wiosna w pełni, lada dzień majówka i w Dziekanacie kończymy przygotowania do uruchomienia systemu deklaracji semestralnych (na semestr zimowy 2013/14), a tu się budzą różne misiaczki ze snu zimowego i wnioskują o dopisanie na przedmiot taki i owaki, bo ciągle jeszcze nie zadeklarowali obowiązującego minimum 30 ECTS-ów w semestrze.

Czasem wspierają mnie wykładowcy (dziękowanie!!!!) i stanowczo odmawiają dopisania na przedmiot. Niektórzy jednak odsyłają studentów z sakramentalnym "Jeśli się Pani Dziekan zgodzi...". Oczywiście "się nie godzi": minęło 7 tygodni semestru i jesteśmy na półmetku! Argumenty, jakich używają na dyżurze studenci kompletnie mnie "rozwalają" i przyprawiają o rozpacz.

Może są w SGH wykłady, w przypadku których student nie dowie się nic, poza tym, co w podręczniku. Może są takie, gdzie można bez straty opuścić połowę zajęć, bo połowa zera to nadal zero. Może wreszcie niesłusznie odrzucam myśl, że czesne to w rzeczywistości rozłożona na raty płatność za dyplom, który kiedyś można było kupić wyłącznie dokonując jednorazowej płatności gotówkowej na Różyku.

Jednak jako Dziekan(ka) SM (a w szczególności MK) jestem zdania, że wszelkie patologie należy zgłaszać w trakcie trwania semestru (zakładając, że student jednak pojawia się w Szkole). Konstatacja, że "wykład jest bezsensowny i nie warto chodzić, ale chcę się zapisać, bo zabrakło mi 1,5 ECTS" wystawia na tyle fatalną wizytówkę wnioskodawcy, że z trudem opanowuję chęć wyproszenia go/jej z gabinetu.

W związku z moimi odmowami padają pytania, co dalej skoro "teraz nie będę miał(a) 30 ECTS". No cóż - jasną odpowiedź stanowią, jak zwykle zapisy regulaminu. Polecam Państwa uwadze w szczególności § 10 (ust. 1); §27 (ust. 7), § 4 (ust. 2), § 59 (ust. 2), § 60 (ust. 1 pkt. 1 oraz pkt. 3).


17 mar 2013

Jaki dyplom kupić?

Odebrałam wczoraj krótkiego maila: "Pani Dziekan, czy warto sobie kupować angielski dyplom?". W pierwszym odruchu uznałam, że wraca moda na kupowanie dyplomów na "Różyku", ale zagadnienie jest na szczęście całkiem legalne.

Każdy absolwent studiów magisterskich SGH uzyskuje dyplom w języku polskim oraz suplement do dyplomu (wiąże się z tym opłata w wys. 60 zł), a ponadto może wnioskować o odpis dyplomu w języku angielskim, który wydawany jest tylko na specjalne życzenie. Dodatkowa opłata wynosi aktualnie 40 zł, więc nie poraża, ale zdarzają się studenci, którzy pomimo sugestii asystentki toku, poprzestają na polskim dyplomie. 

Sugestie asystentki nie wynikają z tego, że ma ona jakiś interes w "sprzedaniu" studentowi dodatkowej wersji dyplomu. Po prostu zwraca uwagę na fakt, że rynek pracy jest coraz bardziej międzynarodowy i szkoda zrezygnować z dokumentu, który w przyszłości może okazać się potrzebny za granicą. Koszt tłumaczenia przysięgłego, jaki wówczas czeka naszego absolwenta, jest znacznie wyższy.

Po wydaniu dyplomu, wirtualne konto studenta jest zamykane (w dziekanacie nie mamy już więcej do niego dostępu), dokumentacja "papierowa" trafia do archiwum, a student, który po roku lub 5 latach (taki przypadek też miał miejsce) uzna, że dyplom w języku angielskim ma sens - niestety nie już nie ma czego szukać w DSM. Pozostaje podanie do Rektora, zamówienie dokumentacji z archiwum etc. Po co fundować sobie taki korowód?

Ja także nie uzyskam prowizji "sprzedając" studentom anglojęzyczne dyplomy. Ale wiedząc, jak wielu naszych absolwentów podejmuje pracę i robi karierę w firmach międzynarodowych - radzę odmówić sobie jednego wypadu do kina lub kawiarni i złożyć wniosek o wydanie dyplomu w języku angielskim.